niedziela, 27 grudnia 2015

Dawno mnie tu nie było. Mam wrażenia jakby to nie były dwa tygodnie, ale całe wieki! A może to po prostu wszystko wina zakrzywionej, internetowej czasoprzestrzeni, w której święta zaczęły się już 13 grudnia? Chyba chciałbym, żeby tak było, ale to nieprawda! 
Moja przerwa świąteczna zaczęła się 22 grudnia. Tak! Tylko na dwa dni przed świętami, więc jak już udało mi się wrócić do domu, to okazało się, że do Świąt zostało jakieś około 48 godzin a ja potrzebowałbym drugie tyle, żeby się ze wszystkim w czasie wyrobić. Jakby tego było mało, to w radiu co chwilę słychać tylko Snow is falling. Jeśli ktoś z was poczuł się w tym momencie urażony, że zbezcześciłem jego ulubioną piosenkę, to niech lepiej tu nie wraca przez najbliższe kilka dni dopóki nie napisze nic nowego. Ja tymczasem zajmę się problemem, którego wielu z nas już nawet nie zauważa, bo przecież Last Christmas w naszych domach na święta to już prawie jak tradycja...

Cudze chwalicie, swego nie znacie





Szkoda, że tak bardzo chora, bo ja rozumiem, że Polska jest w Unii Europejskiej a to oznacza, że jesteśmy jedną wielką rodziną, która wypadałoby, żeby potrafiła się ze sobą porozumieć, ale nie w imię wyzbycia się własnych wartości, kultury, języka...A tak się właśnie dzieje i nie mówcie mi, że tego nie zauważacie. Przecież wystarczy tylko spojrzeć na dzieci, które w tej pogodni za byciem kimś wartościowym od najmłodszych lat uczą się, że jabłko po angielsku, to apple a kiedy piszą dyktando z języka polskiego to okazuje się, że nie żaba i rzeka sprawiają problem ale właśnie jabłko, bo przecież do tej pory było tylko apple. 
Z resztą jabłko to tylko jeden z niewielu przykładów "przenikania kultury". Bardzo prosto można to zaobserwować chociażby w czasie Świąt Bożego Narodzenia, kiedy gro matek przychodzi do kościoła ze swoimi dziećmi a one słysząc "W żłobie leży" ani mee, ani bee, ani nawet kukuryku. No, bo niby skąd mają te kolędy znać, jak w przedszkolu śpiewa się po angielsku, w szkole śpiewa się po angielsku, w domu też słychać tylko radio, w którym już coraz mniej polskich kolęd i pastorałek. 


No, ale dobrze zejdźmy już może trochę z  z tematu bezczeszczenia Świąt a skupmy się teraz na czymś przyziemnym i praktycznym, bo przecież angielski przydaje nam się nie tylko podczas śpiewania "Last Christmas", ale przede wszystkim do tego, żeby bez przeszkód rozmawiać z drugim człowiekiem nawet jeśli jest z drugiego końca świata. I oczywiście wszystko ładnie, pięknie, bo idea wzniosła. Niestety, to tylko idea... Siedzimy sobie wygodnie na tych czterech literach, przez 12 lat edukacji, gdzie od podstawa uczymy się dwunastu angielskich czasów, żeby biegle móc władać tym powszechnym we wszystkich krajach świata językiem. Całe szczęście, że w czerwcu są już wakacje, bo nareszcie na tak długo wyczekiwanym obozie/wakacjach będzie można się z tych językowych umiejętności sprawdzić. No, więc dobrze; przyjeżdżamy do hotelu, rozpakowujemy walizki i idziemy na miasto, gdzie przemili mieszkańcy tej turystycznej miejscowości są tak mili, że w każdym naszym problemie chcą nam pomóc. Wystarczy się tylko z nimi dogadać, ale co to dla nas. Dwanaście lat nauki języka w szkole, na klasówkach same piątki, no i z matury 90%. No po prostu genialnie! Szkoda, że to wszystko tylko teoria a w praktyce wygląda to mniej więcej tak:


video



A przecież wystarczyło by w przedszkolu, czy szkole zatrudnić nauczyciela angielskiego z prawdziwego zdarzenia i może nie wszystkie, ale większość problemów sama by się rozwiązała. Po pierwsze taki człowiek na pewno nie mówiłby w naszym języku, więc chcąc, nie chcąc zostalibyśmy zmuszeni, żeby się tego języka nauczyć. Różnica jest tylko taka, że to by była prawdziwa nauka, gdzie oprócz rozwiązania zadania w podręczniku z wynikiem 10/10 moglibyśmy w bardzo prosty sposób sprawdzić, czy rzeczywiście ta piątka na świadectwie jest odzwierciedleniem naszych umiejętności językowych, czy może bezsensownego kucia na pamięć regułki z budową zdania w Past Perfect Continuous, która mnie szczerze mówiąc niewiele mówi: Podmiot + had + been + czasownik z końcówką "-ing", która do dziś kojarzy mi się tylko z bankiem. 

Posted on 12:47 by Dawid P

No comments

niedziela, 13 grudnia 2015

Chociaż...żyjemy w takich czasach, że nigdy nic nie wiadomo. Skoro (podobno) można w markecie kupić zdrowe jabłka, które nie są poobgryzane przez robaki, to czemu by nie poprosić w kwiaciarni o różę bez kolców. Przynajmniej będziemy mieli pewność, że nasze ręce przy tym nie ucierpią a i język nie będzie się musiał męczyć z salwą odpowiednich w takiej chwili epitetów. Bo z różami zawsze jest ten sam problem, że patrzymy na piękno ich kwiatu zapominając o kolcach. Nawet osioł ze Shreka o nich zapomniał! :D Dlaczego?
Może zamiast o kolach myślał właśnie o róży, może był tak zakręcony jak ja, a może po prostu się zakochał. Jest jeszcze jedna możliwość, ta najgorsza..., gdzie wszystkie trzy opcje są możliwe.



Bardzo często jest tak, że piękno, nawet to powierzchowne nas zachwyca, robi dobre pierwsze wrażenie a my jako ludzie często wierzymy, że ten obrazek to nie jakaś tam fikcja literacka, czy inna, ale, że to może zdarzyć się naprawdę. Pisząc "to" mam na myśli mnóstwo rzeczy , których nie sposób wymienić, bo może to być nowa pralka, wyjazd na Karaiby, albo miłość, która sama wsobie jest pojęciem tak abstrakcyjnym, że może dotyczyć nawet pralki.
Widzimy ten kwiat coraz bliżej i bliżej. W końcu jest tak blisko, że chemy go dotknąć i wtedy...auć! Kolce!
I znowu kolcami mogą być pieniądze, transport pralki do domu, albo fakt, że po kilku latach znajomości dowiadujesz się od sowjego przyjaciela, rzeczy które Cię w nim przeraża, ale...

Zawsze masz wybór

Bo to nigdy nie jest tak, że jest wyłącznie jedna droga dla każdego do osiągniecia celu a cały problem polega na tym, że musisz wybrać tą najlepszą. Jeśli jesteś człowiekiem biznesu, to pewnie zdecydujesz się na te Karaiby. Będizesz tak długo i usilnie szukał sposobu na zdobycie pieniędzy na wyjazd, że zapomnisz, po co te pieniądze właściwie były Ci potrzebne. Albo druga opcja, w której Ty; człowiek, który zawsze osiąga to czego chce, będziesz tak zmęczony omijaniem tych wszystkich kolców, że widok róży wcale nie będzie Cię cieszył. Kto by pomyślał, że kwiaty mogą być takie uparte. Ale na szczęście jest na to sposób!


Nie uciekaj - zaakceptuj kolce

O 22:30 fani kreskówek i wszyscy z wybujałą wyobraźnią mają teraz pewnie w głowie obraz goniących ich kolców róży, które wołają: "Przytul mnie!", ale nie do końca o to mi chodzi.

Prawda ma to do siebie, że jest bolesna, ob kolców tak naprawdę nie da się pozbyć. One zawsze będą niezależnie od tego ile razy byś uciekał zmieniając drogę, czy odpuszczając sobie kupno pralki, żeby wyjechać w końcu na te zasrane Karaiby. Takie kolce potrafią też być bardzo mściwe. Wiesz...niekoniecznie muszą mścić się na Tobie; Znalazłeś róże, ale miał kolce, więc poszedłeś szukać dalej. Po drodze był tulipan, ale czerwony a żółtych nie znalazłeś. W końcu doszedłeś na pustynię, gdzie zostały tylko kaktusy...Paradoksalnie kaktusy są brzydsze od tulipanów i mają kolce.

Człowiek jest bardzo upartym stworzeniem

Do czasu, kiedy zorientuje się, że taj jego zawziętość, to docinanie się od kolców, wręcz uciekanie przed nimi, nie sprawia komuś przykrości. Dziwne prawda? Cały ten czas chodziło przecież o Ciebie, o Twój cel, którym była niekłująca róża a teraz nagle nie wiadomo skąd okazuje się, że te kolce już dużo wcześniej odpuściły tobie. Najzwyczajniej stwierdziły, ze to nie ma sensu i zabrały się za wyrządzanie krzywdy Twoim najbliższym. Teraz boli dużo bardziej, prawda? A wystarczyło po prostu zaakceptować róże z kolcami.



Posted on 22:30 by Dawid P

No comments

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Bo to kolejne cudowne osiągnięcie naszej cywilizacji, które zamiast udowadniać potęgę ludzkiego rozumu, cofa nas w rozwoju o jakieś 100 lat za murzynami, którzy może i są odmienni kulturowo, mają mniej rozwiniętą technologię i dużo gorszą sieć informacyjną, przede wszystkim jeśli chodzi o media, ale i bez tego są od nas mądrzejsi o jakieś setki, jak nie tysiące lat do przodu. I wbrew pozorom, nie ma w tym żadnej wiekszej filozofii, jest tylko ciężka praca, bez miejsca na litość.
A my dzisiaj popadamy w takie skrajności, bo z jednej strony umywamy ręce od czarnej roboty a z drugiej, jeśli widzimy, że ktoś sobie nie radzi, to próbujemy go wyręczać. W szczególności mówię tu o osobach niepełnosprawnych.



Być może zaraz wjedzie na mnie grono ludzi o dobrych sercach (niestety bez rozumu), że jak to można takiej osobie na wózku nie pomóc zrobić chociaż głupich zakupów? Przecież to niehumanitarne!

No właśnie problem, w tym, że jest zupełnie odwrotnie...
Wyboraź sobie teraz, że mieszkasz w bloku z windą a Twoim sąsiadem jest dwudziestoparo letni meżczyzna na wózku, który codziennie na 8 rano wychodzi do pracy a wracając robi zakupy w osiedlowym markecie. Ty widząc jak pakuje te wszystkie rzeczy do reklamówki, chcesz mu pomóc i dlatego zaczynasz te rzeczy pakować razem z nim. Czy jest coś gorszego od wpakowania tych zakupów? Oczywiście, że tak! Wniesienie ich na piąte piętro w bloku z windą. A wszystko to nie w geście (jak Ci się wydaje) pomocy, ale z litości...

Z czasem stajesz się zależny

Pomyśl sobie, że (odpukać w niemalowane) sąsiad umiera... Był dla Ciebie przecież jedyną osobą, na której mógłeś polegać, do tego stopnia, że zapomniałeś o tym, że jesteś przecież jeszcze ty sam!
Wszystkim tym, którzy jeszcze nie bardzo wiedzą o co mi właściwie chodzi należy się jednak dłuższe wyjaśnienie.

Nie lubię litości bo...

Za dużo w niej pomocy dla samej pomocy a nie konkretnego działania. Nie sądzę, że jest coś złego w angażowaniu się w wolontariat, czy bezinteresownej pomocy niepełnosprawnemu koledze, ale nie zapominajmy, że ona musi mieć jakiś cel. Jeśli Twój niepełnosprawny sąsiad świetnie radzi sobie z zakupami, to może wystarczy mu tylko otworzyć drzwi do klatki, żeby mógł tam bez trudu wjechać? W ten sposób też mu pomożesz, ale nie wyręczysz go w codziennych obowiązakch do tego stopnia, że kiedy odejdziesz nie bedzie umiał sobie nawet obiadu ugotować. Takie pseudo-pomaganie pokazuje tylko innym, że...

Jesteś niepełnosprawny, więc jesteś słaby...



Choć tak naprawdę, to poza tym wózkiem nic Ci nie dolega. Możesz pracować, sprzątać, robić zakupy, umawiać się na randki a nawet możesz zostać królem parkietu. Problem w tym, że niestety nim nie zostaniesz, bo za bardzo przejmujesz się co inni powiedzą. Wszyscy na tej imprezie są przecież zdrowi (mają dwie sprawne nogi). Tylko, czy to znaczy, że dzięki temu bawią się lepiej? Patrząc na te pełne wódki stoliki szczerze w to wątpię. Ty jednak nadal nie jesteś traktowany, tak jak powinieneś, czyli...

Na równi z innymi

Nie możesz iść z kolegami na piwo, bo oni chodzą tak szybko, że za nimi nie nadążasz. Poza tym, jak w trakcie wyjedzie jakaś afera, to jak będziesz uciekał? Przecież w tym wózku nie masz wmontowanego silnika.

A kółka to co, są niby dla ozdoby? Na dobrą sprawę jakby ktoś pomyślał, to nie widzę problemu, żeby wziąć swojego niepełnosprawnego kolegę a w trakcie ucieczki przed tymi upośledzonymi driftować na tym wózku tak jak Julien. Przecież każdy człowiek ma prawo do dobrej zabawy. Dlatego cieszę się, że...

 Ja tej litości nie doświadczyłem

W szkole nabijali się ze mnie; że jestem mały i nawet do parapetu nie potrafię dosięgnąć, że jestem rudy a z rudymi to nikt się nie bawi. Mówili też, że mam w końcu śiągnąć ten zardzewiały hełm, bo wojna się już skończyła.

Ale na szczęście w porę zrozumiałem, że nie warto się tym przejmować, bo mówią to osoby, które w wieku 12 lat nie mają zielonego pojęcia czym naprawdę jest choroba, dla których wskoczenie na kalorofer, żeby na nim usiąść jest ważniejsze od zawiązania sznurówek i które (nawet w wieku tych 12 lat) niewiele wiedzą o życiu.

Posted on 19:11 by Dawid P

No comments

środa, 2 grudnia 2015

A może jedno i drugie? Wiecie tak dla rozrywki; "żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka raz chłopaczek" No bo, w końcu jakoś te wszystkie przyjaźnie trzeba ze sobą pogodzić co nie?


Żartowałem!



Mam nadzieję, że się nie nabraliście. Oczywiście mam wielu znajomych no i oczywiście znajome, przyjaciół i przyjaciółki, z którymi znam się można by powiedzieć od wieków. Wiedzą o mnie już tak dużo,że mogliby mnie od tak znienawidzić, ale tego nie robią, czyli, że są tak samo zakręceni jak ja. Wierzą mi na słowo, że pójdę na imprezę i wiedzą, ze ściemniam, kiedy mówię im, że wypiłem czteropak. I podobnie jest w relacjach z dziewczyną. W sumie, to nawet tak samo, tylko inaczej, bo nawet jeśli masz taką z którą można konie kraść, to musisz wiedzieć co mówić a czego nie i w jakim momencie. Moim zdaniem to właśnie jest jedna z podstawowych różnic między przyjaźnią a miłością, chociaż i tutaj upierdliwi powiedzą, że to jeszcze przecież o niczym nie świadczy. Wiecie, co? Możecie sobie mówić co chcecie, bo dla mnie...

To tylko znajoma


Taaa jasne a powiedz taki tekst przy swojej dziewczynie, to dostaniesz prezent: patelnią w łeb! Jeśli masz szczęście i Twoja dziewczyna jest akurat łaskawa, bo ma dziś dobry dzień, to przeżyjesz. Gorzej z Twoją przyjaciółką. Bo niestety prawda, jest taka, że kobieta to cudowne, ale też cholernie zazdrosne stworzenie. I tutaj znowu możecie mówić, że niee, że wcale tak nie jest! Moja xyz jest na to żywym dowodem, ale ja wam i tak nie uwierzę, dlatego, że jestem społecznikiem i z tego tytułu mam ewidentnie przesrane, bo...

Każda dziewczyna jest zazdrosna



Nie polecają się w tej chwili wszyscy faceci, którzy są w życiu często w pięciu miejscach na raz i w każdym z tych miejsc mają kogoś znajomego, ale to są tylko znajome, do notatek, od siedzenia przy pizzy i piwie w dwudziestu w trzy osobowym pokoju, od rzucania w najmniej odpowiednim momencie przypałowymi faktami o Tobie, bo znają Cię często o wiele dłużej niż Twoja miłość. Tylko, że jest jedno ale... Ten nasz jeden kartonik, który nas tak często ogranicza daje Wam, kobietom w tym momencie stukrotną przewagę nad każdą inną kobietą na ziemi. Bo okej możemy się spotkać z koleżanką po obgadywać stare czasy, kiedy wrzeszczało się na siebie przez pół podwórka i pośmiać z głupich odpowiedzi przy tablicy przez połowę ogólniaka, w zasadzie to ta koleżanka może nam się nawet podobać,  ale przecież nie będziemy się z nimi całować a już na randkę to na pewno bym się z nią nie umówił. No, bo przecież ile można. Z jedną to jeszcze okej, ale z kilkoma? To, by przecież język z bólu odpadł. I okej, całowanie się akurat jest jedną z bardziej higienicznych czynności, ale bez przesady...

Dlatego też nie bardzo rozumiem dziewczyny, które każą się całować w policzek na pożegnanie. bo dla mnie to już jest przegięcie. Co innego się lekko przytulić, to rozumiem, bo sam jestem świadkiem wielu takich sytuacji, gdzie pary wychodzące z domówki, przytulają się do swoich znajomych na pożegnanie. Od jakiś tam przyjęty zwyczaj i wydaje mi się, że nie ma co z tego robić zamieszania. Tym bardziej, że jednak większość tego typu spotkań kończy się normalnym pożegnaniem a przytulanie jest lepszą opcją podczas oglądania komedii romantycznych.
No dobra, ale skoro przytulać się można w zasadzie z każdym (oczywiście odmiennej płci), to...


Skąd wiadomo, że to miłość?



To proste. Wystarczy na przykład, że podczas waszych kuchennych rewolucji powiesz jej, że w sumie to jesteś ciekaw jakby wyglądała z tą miską na głowie a ona odwdzięczy Ci się mieszanką z mąki i jajek na twarzy a na koniec robicie sobie wspólne zdjęcie; "Będzie co dzieciom w przyszłości pokazywać". Jeżeli czytasz, to chociaż nadal jesteś singlem, to od razu Ci mówię, że nie zrozumiesz. I nie mówię tego, żeby zrobić komuś na złość, tylko po prostu dlatego, że już to przerobiłem. Bo miłości nie da się zdefiniować raz a dobrze, chociaż naukowcy mówią, że i na to są odpowiednie dowody. Zwłaszcza biolodzy, którzy miłość upatrują w procesach chemicznych naszego organizmu. Tak wiem, spieprzyłem wam teraz cały romantyzm, ale spokojnie, bo to na szczęście nie czas na


Motyle w brzuchu





Które nadal są dla mnie fenomenem! Ale... na tym chyba właśnie polega miłość, że nie da się jej w żaden sposób udowodnić, bo to się po prostu czuje. Nie ma; za ostatnio postawione piwo, za wrzask o zostawioną szklankę na podłodze, czy za tą różę, która zwiędła, bo przyszedł już jej czas. Tego po prostu nie ma, bo to nie przyjaźń.


Ale, żeby mnie ktoś nie zaskoczył jakimś nieprzewidzianym pseudo - konstruktywnym hejtem, to podyskutujmy jeszcze o tym, czy "z tego musi być miłość", to skuteczne zasada. Nie mam zamiaru tutaj teraz generalizować, że jest tak a tak i czy to prawda. Znam ludzi, którzy od gimnazjum za sobą latali i nadal są szczęśliwą parą a znam i takich, co mówili: "W końcu znalazłem kogoś, na kogo tak długo czekałem" A ta pseudo-miłość odeszła i to w dodatku bez słowa. Bo w życiu jest jak w totolotku; Żeby wygrać, trzeba grać!

Posted on 22:00 by Dawid P

No comments

środa, 25 listopada 2015

Jeżeli macie zamiar odpocząć, to idźcie spać, jeżeli macie doła, to lepiej puśćcie sobie jakąś wesołą piosenkę, albo po prostu otwórzcie czekoladę, ale nie róbcie jednej rzeczy: Nie czekajcie na rozwinięcie tego posta, bo od razu mówię, że miło i przyjemnie nie będzie. Ale, żebyście od razu ode mnie nie uciekli, to może zacznę na dobry początek od prostego pytania.

Co to jest przyjaźń?

Znany nam wszystkim (przynajmniej tak zakładam) Arystoteles twierdził, że przyjaźń jest cnotą. Z kolei cnota jest stałą dyspozycją, która w zależności od człowieka może być dobra, albo zła. I tak samo jest z przyjaźnią. Pewnie cześć z Was myśli sobie teraz, że zwariowałem, no bo jak przyjaźń może być czymś złym? Przecież przyjaciel, to osoba, która wie o nas wszystko, która świetnie się z nami dogaduje, do której zawsze możemy zwrócić się o pomoc i która bez wglądu na wszystko będzie nas akceptować. I macie rację, tylko, że to nie zawsze działa w dwie strony i nie do końca tak jakbyśmy tego chcieli. Dlaczego? Bo gatunek ludzki narobił na świecie trochę zamieszania dzieląc się na mężczyzn i kobiety. A że nie ma sprawiedliwości na tym świecie, to jedno z nich do uporządkowania świata dostało masę przeróżnych pudełeczek: jedne od relacji z mężczyznami, drugie od relacji z kobietami. To zielone będzie od przyjaźni, czerwone od miłości a fioletowe od kontaktów, których nie da się uniknąć.


Drugie niestety nie miało tyle szczęścia, albo nieszczęścia i dostał mu się jeden ogromny karton na wszystkie najważniejsze rzeczy, których potrzebuje i oczywiście wszystkie kontakty. W sumie, gdyby popatrzeć na to ekonomicznie, to nie ma nad czym płakać, bo: przyjaciel jest dla mężczyzny tą jedną, jedyną, z którą można o wszystkim szczerze porozmawiać, więc wystarczy jedno piwo z Markiem, żeby pomówić dosłownie o wszystkim. A nawet jeśli Marek powie, że dzwonił do niego Lucek i też chętnie się spotka, to nikt w tym nie widzi żadnego problemu, bo pudełko jest przecież duże i wszyscy się zmieszczą.

Po co, komu dwa kartony?


U kobiet niestety to tak nie działa. One mając masę przyjaciółek strasznie je kategoryzują: 
Ula, to tak która świetnie zna się na makijażu, z kolei z Gosią mogę pogadać o facetach a z Kingą chętnie wybieram się na zakupy, ale nigdy nie spotykam się z nimi wszystkimi na raz, bo byśmy się pozabijały. Dlatego kobiety nie  otwierają dwóch pudełek jednocześnie, ale robią to po kolei, żeby w razie czego mieć plan B. Najgorsze jest to, że robią tak w każdej sytuacji a zwłaszcza, kiedy poznają faceta. Wtedy...


Nigdy nie wiesz czego się spodziewać

To właśnie dlatego wszyscy mówią, że pogoda, gdyby mogła być człowiekiem, byłaby kobietą. Nigdy nie da jej się do końca rozgryźć, bo nie wiesz tak naprawdę o czym w danej chwili myśli. W końcu nie bez powodu mówi się, że kobieta; mówi jedno, robi drugie a myśli trzecie. Zupełnie jakby miała roztrojenie jaźni, ale nie...Ona jest zupełnie zdrowa. Po prostu swoim zachowaniem chce nam dać do zrozumienia, że obojętnie co byśmy nie zrobili, to i tak ona ma władzę. Wbrew pozorom, to nie jest takie trudne do ogarnięcia.

Idziecie na kolację. Z tej okazji odstrzeliłeś się prawie jakbyś wyszedł od Armaniego. Nawet w geście romantyczności kupiłeś różę w kwiaciarni zaraz obok swojego domu. W końcu razem siadacie w wybranej przez Ciebie restauracji, jecie sobie tego kotleta z frytkami a dobry humor was nie opuszcza, tak że nawet żarty same sypią się z rękawa. W między czasie okazuje się, że ona też uwielbia jeździć na rowerze a nawet ma płytę twojego ulubionego zespołu. Myślisz sobie: Świetnie! W końcu poznałem kogoś, kto nie tylko ma poczucie humoru, ale podziela też moje pasje. Ona tymczasem analizuje każde twoje zdanie, to jak się ubrałeś, czy zapytałeś o jej najlepszą przyjaciółkę, albo czy próbowałeś pociągnąć temat, do którego podczas waszego spotkania praktycznie cały czas piła. 

Koniec końców, musi udać się
Pod koniec waszej "randki", która dla niej jest tylko zwykłym spotkaniem towarzyskim proponujesz jej przejażdżkę rowerową. Ku twojemu niemałemu zaskoczeniu zgadza się! A w głowie planuje już, do kogo ze swoich znajomych, by tu napisać, bo nie chce być taką egoistką i zabrać Cię całemu światu tylko dla siebie.

ps. Także panowie uważajcie i nie dajcie sobie zabrać lata.

"Bo w tym cały jest ambaras,
żeby dwoje chciało na raz"

Posted on 19:18 by Dawid P

No comments

piątek, 20 listopada 2015

Zauważyliście pewnie, że mamy przedziwną tendencję do powtarzania dosłownie wszystkiego. Od pomysłów na posty, przez te na biznes, kreatywne wystąpienie, czy setnej interpretacji artykułu, przy pisaniu pracy dyplomowej. Generalnie nie widzę, w tym nic złego jeśli:
a) to powtarzanie nas rozwija, bo za każdym razem dodajemy coś od siebie
b) nie powtarzamy błędów, które popełniliśmy już w przeszłości.


I tu pojawia się pierwszy problem, bo człowiek jest upartą istotą, która ma niezwykłe predyspozycje do powtarzania tego co dobre, ale przede wszystkim tego co złe. Ja sam tak mam na przykład z innowacyjnymi pomysłami w studenckiej kuchni. Gotuję sobie jak co weekend smaczny obiad (godzina roboty a 10 minut jedzenia-jak zwykle), potem siadam do stołu obładowanego dookoła książkami i po tych wszystkich długotrwałych przygotowaniach w końcu mogę z radością skonsumować ciepły obiad - to jest ta chwila w której jestem chwilowo w niebie, do czasu... Aż nie wyjdę z pokoju, po cytrynę do herbaty i nie zobaczę tej sterty garów w zlewie. Dokładnie o ten moment mi chodziło: obiad już dawno minął, ale jego przeszłość (patrz. brudne gary) nadal mi o nim przypominają.
Tak właśnie działa nasza psychika, że zamiast wspominać miłe chwile, pamiątamy głównie to co było złe.

1) Dzisiejszy kolos
Który w zaszadzie już minął. Napisałeś, co napisałeś i cieszysz się, że jest już po wszystkim, ale oczywiscie tylko do czasu...wyników! Bo okazuje się, że nauczycielowi nie chodziło o twoją znajomości treści Sztompki, ale o własną interpretację słów tam zawartych, bo tak naprawdę, to tylko ona może Ci się do czegoś przydać.  No, ale niestety nie wpadłeś na to i żyjesz w przekonaniu, że to co napisałeś jest dobre. Do czasu wyników...

2) Cudowny poranek

Tym razem zaczynasz go od wyciągnięcia naczyć ze zmywarki. Już kończysz, bo zostały tylko kubki i właśnie w tej chwili jeden z nich jakimś cudem wypada Ci z ręki. Oczywiście tłucze się w dobrny mak, no bo jakże by inaczej a Tobie zaczyna się gwałtownie podnosić ciśnienie, bo musisz zdążyć na busa za 5 minut. Na szczęście udało się! Kuchnia posprzątana a autobus się spóźnił. Przychodzisz uradowany na zajecia, bo po raz pierwszy od niepamiętnych czasów dałeś radę przyjśc na czas a nawet wcześniej. Z bananem od ucha do ucha wchodzisz do sali, kiedy Aga zadaje Ci pytanie:
- Masz może tą książkę, którą obecałeś mi na dzisiaj przynieść?
- Jasny gwint! Nie, nie mam...a tak wogóle to nie mogłaś mi o niej przypomnieć, napisać sms'a, cokolwiek.
- No przecież napisałam, sprawdź telefon.
Tak! To była właśnie ta pora, w której zbierałeś z podłogi roztrzaskane szkło.

3) Kolejka w mięsnym
Jak co piątek idziesz do mięsnego, bo w sobotę radno i tak jest dużo sprzątania. Jak zwykle o tej porze musisz odstać swoje, ale w końcu udaje Ci się doczekać na swoją kolej. Mówisz ekspedientce, że potrzebujesz 25 deko szynki z indyka. Czekasz już aż bedziesz mógł zapłacić za towar i nagle pada niespodizewane pytanie:
- Przepraszam, czy może być 35 deko, bo została mi końcówka?
- Proszę Pani, potrzebuję tylko 25 deko.
- Dobrze, rozumiem.
Zapłaciłeś, podziękowałeś i zaczynasz pakować wędlinę do torby, kiedy głos rozumu podpowiada Ci, że tej szynki jest za dużo. Wkurzony zaczynasz wyzywać coś pod nosem, bo w sumie co możesz innego zrobić, przecież już zapłaciłeś. Nagle słyszysz dosyć wyraźne:
- Przperaszam!
- Czego znowu?! Nie widzisz, że się pakuję?
- Przepraszam, ale stoi pan w przejściu. Czy mógłby pan się trochę przesunąć? 
I niby ten człowiek nie zorbił nam nic złego, bo chiał sie tylko dostać do kolejki, ale i tak oberwał za to, że ekspedientka nie obsłużyła Cię tak jak tego chciałeś. I kto by pomyślał, że te 10 deko więcej będzie miało takie znaczenie.

4) Dziewczyna z przeszłości

Jak co piątek idziesz do dziewczyny, bo zaplanowiliście, że ten jeden dzieńw tygodniu będzie tylko wasz. Dzownisz na dzwonek i otwieraja się drzwi, ale Ona wygląda jakoś inaczej niż zwykle. Nie, nie chodzi tu o makijaż. Wiecie jak się zna człowieka prawie na wylot, to bez problemu można wyczuć kiedy coś jest nie tak... Lekko zdezorientowany pytasz się:
- Czy coś się stało?
- Kim jest Karolina?
Myślisz sobie: "O co chodzi jaka Karolina? Ostatnia z jaką pisałem odezwała się jakieś tydzień temu i to po 2 latach.
- No tak, która pisała do Ciebie w zeszły piątek.Znowu szybkie przetwarzanie danych: "Kurcze, trzeba było jej jednak powiedzieć, że napisałem kiedyś do tej Karoliny a potem tego żałowałem ,bo ona nie chciała się ode mnie odczepić nawet na chwilę. 

Bo to zła kobieta była, jest i będzie
I obojętnie czego byś nie robił, nie wiem jak sie zabezpieczał, budował wały obronne, palił za sobą wszystkie mosty, to przeszłość i tak Cię dopadnie. W najbardziej niespodziewanym momencie, kiedy wstaniesz rano i pomyślisz sobie "To będzie piękny dzień". Dlatego lepiej zastanów się, czy masz jeszcze coś do ukrycia?

Posted on 13:56 by Dawid P

No comments

niedziela, 15 listopada 2015


Wszyscy niezaprzeczalnie byliśmy kiedyś dziećmi (chociaż niektórzy twierdzą, że mężczyźni z tego nie wyrastają) i dam sobie głowę uciąć, że każdy z nas miał taki moment ( u jednych trwał on dłużej u innych krócej-nieważne), że chciał być w końcu dorosły. Wbrew pozorom bycie dzieckiem nie wydawało nam się wtedy takie super. Przypomnijcie sobie tylko chwilę w której czegoś tam potrzebowaliście: 
-Mamoo!
-Nie teraz, teraz nie mam czasu
-Mamoo!
-Nie widzisz, że jestem zajęta...
-Ale mamo ja potrzebuję nową koszulkę, bo ta jest już brudna...

No właśnie! Dopiero w takich momentach mogliśmy liczyć na jakąś reakcję. Ba! Nawet całkiem szybką. Zupełnie inaczej niestety wyglądało to kiedy wśród wielu ważnych dla nas osób (dorosłych oczywiście) chcieliśmy dodać swoje 3 grosze. Czy ktoś nas wtedy słuchał? No właśnie... Głównie dlatego chcieliśmy wtedy w końcu stać się dorośli! Ale jednym z bardziej sensownych argumentów był ten, że w końcu będziemy mogli decydować o swoim życiu! Przynajmniej tak nam się wtedy wydawało... Bo tak naprawdę to był jeden wielki MIT! Chociaż nie, wróć...Gdyby to chodziło tylko o jeden mit, to jeszcze małe piwo, ale niestety chodziło o znacznie więcej.


Mitologia 18-latka


1. Dostanę w końcu dowód osobisty (tak, ten głupi plastik), który otworzy mi drogę do sukcesu, bo od tej chwili będzie mi już wszystko wolno!

Tylko, że mówiąc "wszystko", chodziło głównie o całonocne imprezy, późne powroty do domu ( lub nie) i kupienie pół litra bez proszenia się o to jakiegoś osiedlowego żula, który uwłaczał naszej godności osobistej. A po skończonej 18-stce...

2. Będziemy mogli go kupić w końcu sami. I to będzie jeszcze większa frajda niż dotychczas, bo przynajmniej ten osiedlowy żul nie będzie nam już pod nosem marudził "czego te dzieciaki znowu chcą?" 

Problem w tym, że jak tylko dostaliśmy już ten ukochany, długo wyczekiwany plastik, to kupowanie alkoholu na legalu przestało być frajdą.

3. W końcu nie będziemy musieli słuchać zrzędzenia rodziców. No, bo przecież jak nam się coś nie spodoba, to zawsze będziemy mogli powiedzieć "goodbye". W końcu jestem pełnoletni i nikogo nie muszę słuchać. 

Najczęściej jednak, kiedy popełnimy jakiś życiowy błąd, to przypomina nam się, że: "W sumie to rodzice coś na ten temat mówili, ale wtedy ich nie słuchałem". 

4. Mówiąc to "goodbye" będziemy mieli w końcu okazję zaznać prawdziwego dorosłego życia. Z dala od zrzędzących rodziców, że znowu nie posprzątałem pokoju, których zawsze można było prosić o radę

Teraz w końcu będziemy mogli o sowim życiu, o tym co zrobimy za 5 minut decydować wyłącznie sami! Tak samo będzie też z problemami typu: brak kasy. Nie! Nie na pizzę, czy piwo z kumplami ale na normalny obiad, środki czystości do łazienki, że o nowych ciuchach już nie wspomnę.

5. Będziemy mogli wreszcie pracować na własny rachunek i żadną kasą (w szczególności tym kieszonkowym) nie będziemy musieli się dzielić. 

No faktycznie nie będziemy musieli, bo nie będzie tak naprawdę czym. Każdy dorosły (tylko nie  ten pseudo) wie, że początki samodzielności zawsze są trudne, tak, że czasem nawet nie starcza do pierwszego. 


6. W końcu będzie można iść spać po 22 i marnować czas na oglądanie filmów dla dorosłych.

No dobra, faktycznie ten argument mi trochę nie wyszedł, bo dzisiaj filmy dla dorosłych są nawet puszczane o 15 w niedzielę w ramach kina familijnego. Te ostrzejsze oczywiście nadal są emitowane w późnych godzinach nocnych, tylko, że tu znowu sprawa wygląda tak samo jak z alkoholem; najlepiej smakuje nam owoc zakazany.
Ale, żeby nie było tak bardzo demotywująco to teraz przejdę do tych pozytywnych stron bycia dorosłym o których wszyscy wiedzą, ale niewielu z nich korzysta .



Jasna strona mocy


Po pierwsze po przekroczeniu tego magicznego progu 18 wiosen mamy czynne prawo wyborcze. Możemy (przynajmniej w pewnym stopniu) decydować o wszystkim co dla nas naprawdę ważne. (To czy zmiana na lepsze zostanie to wprowadzona w życie to już inna inszość.

Po drugie dzięki temu głupiemu plastikowi, który w zasadzie nic nie znaczy możesz oddać krew (jeżeli tylko jesteś zdrowy). Tak, wiem o tym, że igła już od czasów dziecięcych szczepień nie jest przyjacielem człowieka, ale dla uratowania czyjegoś życia chyba warto się poświęcić? Tym bardziej, że po zakończonej akcji dostaje się czekoladę :D No i nigdy nie masz pewności, czy za kilka godzin to właśnie Ty nie będziesz tej krwi potrzebował.

Posted on 17:15 by Dawid P

No comments

poniedziałek, 9 listopada 2015

I nie wszystko musi mieć swój sens. Podobno a przynajmniej tak śpiewa Andrzej Krzywy w piosence "Żyj tylko chwilą" z 2004 roku. Nie mam zielonego pojęcia po co, kiedy, ani w jakich okolicznościach został napisany ten tekst, ale to w tym momencie jest nieważne. Nie piszę przecież tego posta po to, żeby skupić się na analizie i interpretacji współczesnego utworu muzycznego, ale po to, żeby kolejny raz uzmysłowić sobie i wam w jakiej pomylonej rzeczywistości żyjemy.

Wszystko ma swój cel

Wszystko jest po coś, dla kogoś/czegoś, i musi się składać w jakąś logiczną całość. Nie ma miejsca na kreatywność, spontaniczność. Dlaczego? Bo to chwilowe, bezużyteczne i nie ma z tego żadnej większej korzyści. Ktoś mi teraz powie:'' Jak to nie ma? Właśnie, że jest! Przecież jestem dzięki temu szczęśliwy". No właśnie chodzi o to, że Ty a nie wszyscy, dlatego musisz się podporządkować.  I to jest chore, bo przecież wszystkim dogodzić się nie da, choć byśmy nie wiem jak bardzo tego chcieli. A mimo to zasady obowiązują wszystkich bez wyjątku. Ale czy to sprawia, że żyje nam się lepiej, że jesteśmy radośni każdego ranka wstając znowu o 5:30 i wykonując automatycznie szereg logicznie zaplanowanych w naszym mózgu czynności? Nie, bo to jest po prostu nudne! Okej, oszczędzamy przy tym masę czasu, ale co z tego skoro nie jesteśmy szczęśliwi?!

Jest na to niezawodny sposób
Wyciągnijcie kartkę, przedzielcie ją na pół i wypiszcie sobie plusy i minusy dobrze rozpoczętego dnia, dzięki kreatywnie przygotowanemu śniadaniu i zautomatyzowanego robota, którego zaburzenie porannego systemu włączania do życia może skutkować katastrofą psychiczną dla reszty świata, która tego robota spotka na swojej drodze. I co, nadal uważacie, że...

Kreatywność dziś się nie opłaca?

No to w takim razie zabieram was w podróż na dworzec autobusowy o 5:50 rano. Przychodzicie na swój stały przystanek, ale dzisiaj wygląda on jakoś inaczej, bo stojąca tam dziewczyna, która przez swoje zagłuszacze na uszach zapomniała o istniejącym świecie śpiewa z bananem na twarzy: "Rano trzeba wstać, rano to jest..." I  dam sobie głowę uciąć, że więszkość z was pomyślała by w tej chwili :"Chyba jej coś dolega, bo jak można być tak szczęśliwym stojąć na przystanku w środku nocy". W waszej głowie trwa teraz zacięta walka serca z rozumem. Serc mówi: w sumie to mogłbym podejść i zapytać się czego słucha, że ją ta piosenka tak pobudza do życia".

Z kolei rozum podpowiada: "Stój tu gdzie stoisz, bo jeszcze Ciebie uznają za wariata". A że żyjemy w podporządkowanym konwenansom świecie, to zostajesz przy propozycji rozumu, ale tylko przez chwilę. Bo potem wsiadasz do busa i obiecujesz sobie, że jutro się dowiesz czego słucha ta dziewczyna o 5:50 rano. Przychodzisz następnego podobno poranka jak co dzień na ten sam przystanek, ale jej już nie ma. Pojechała wcześniejszym busem, bo o tej porze jest jeszcze pusty, dzieki czemu nie musi bać się tych wszystkich przerażających spojrzeń ludzi, mówiących: "Jesteś dziwna..." Nadal jednak słucha rano tej samej piosenki, bo tylko dzięki temu nie wygląda tak jak reszta ludzi na dworcu, z wymalowanym na twarzy napisie: "Nie podchodź bo ugryzę!" Jak widać kreatywność i entuzjazm dziś się nie opłaca, ale...

Opłaca się siedzieć cicho i nie wychylać

Na przykład przy zawieraniu znajomości. Przecież nie zawsze trzeba to robić, żeby czuć się dobrze, żeby znaleźć godnego rozmówcę, czy człowieka z którym mógłbyś konie kraść. Czasami po prostu warto odezwać się do kogoś, kto ma pieniądze i udawać, że ze wszystkim co mówi się zgadzamy (dobre umiejętności aktorskie mile widziane). Co z tego, ze za poglądy polityczne wsadziłbyś go do pomieszczenia z kserokopiarką i zamknął a klucz wrzucił do toalety i spuścił gdzieś w głębokie czeluści rur kanalizacyjnych. "Dzięki niemu w końcu wyjedziemy z rodziną w wakacje na Kanary a po powrocie kupię żonie nowego Merca, bo tym sprzed 3 lat to się już jeździć nie da. Poza tym to wstyd przed sąsiadami."  Szkoda tylko, że to wszystko są pozory a tak naprawdę  jak przychodzisz do pracy to w Twojej głowie już od wejścia słychać tylko: "Co za baran z tego szefa. Jak można mi dowalić tyle roboty, żebym jeszcze siedział tu po godzinach? Nawet nie mam czasu, żeby skoczyć do galerii po nowy garnitur". A przecież wystarczyło by:

1) Zwolnić się i w końcu poszukać pracy, która oprócz pieniędzy przyniesie Ci satysfakcję.
2) Pójść do szefa i powiedzieć stanowczo, że nie zostaniesz dzisiaj po godzianch, bo Twoja rodzina zaczyna powoli zapominać jak wyglądasz. A i na kupno garnituru znalazłby się czas. Co prawda, taka inicjatywa może się wiązać ściśle z punktem pierwszym, ale tylko jeśli Twój szef to rzeczywiście Baran :D

Wszystko zależy od tylko Ciebie


To czy Twoja podróż autobusem będzie tylko codziennym rytuałem i to, czy relacje z Twoim pracodawcą będą jak psa z kotem (zwierzęta jak coś chcą to też potrafią być dla siebie miłe). Jeśli chcesz być naprawdę szczęśliwy, to wiedz, że nie wszystko co robisz musi mieć dla innych sens. Ważne, żeby miało go dla Ciebie.


Posted on 20:10 by Dawid P

22 comments

środa, 4 listopada 2015

Chwała komputerom! Za to, że zajmują coraz mnie miejsca na stole, za to, że technologia idzie do przodu i dzięki temu zżerają dzisiaj zdecydowanie mniej prądu niż dwa lata temu! Chwała im za to, że kurzą się w zastraszającym tempie i jeszcze za to, że zawsze psują się wtedy, kiedy nie trzeba! Serio, dla mnie komputer to taka zmora ludzkości, która zamiast ułatwiać życie, to je utrudnia.



Tak, tak, wiem o tym, że powinienem być wdzięczny nauce za ten jakże zacny wynalazek, tym bardziej, że nie zajmuje on już tyle miejsca co dwie klasy szkolne. I jestem, do czasu aż nie wyjdę z siebie i nie stanę obok, bo znowu muszę przeszukiwać milionpięćset folderów, żeby znaleźć ten jeden, niezbędny mi w tej chwili program. "No przecież gdzieś go tu zapisywałem. Niemożliwe, żeby przez tych kilka miesięcy się ulotnił. A może jednak?" Wklepuje w opcji "wyszukaj w systemie Windows" nazwę pliku (oczywiście hipotetyczną, bo po dwóch miesiącach nieużywania go jednak niewiele pamiętam) i okazuje się, że jest! Ale za chiny nie mogę sobie przypomnieć jakim cudem się tam znalazł. Tym bardziej, że jak szukam na przykład słuchawek do telefonu (wiecie takich dousznych) to chociaż pozwijane są tak jakby bawił się nimi mój kot, którego nie mam i tak znajduję je maksymalnie w minutę. Mam po prostu stałe miejsca: na słuchawki, na ładowarkę, na kartki ksero. I zawsze wiem gdzie szukać, bo wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy są w jednej szufladzie, ewentualnie w tej samej szafce. No, bo po co sobie utrudniać życie?

Spróbujmy przez chwilę myśleć pozytywnie

Dobra, załóżmy, że znalazłem już ten folder o który mi chodziło, na szczęście plik tekstowy zapisany dwa miesiące wcześniej nie wypłowiał a do dokończenia pracy zaliczeniowej zostało mi tylko jakieś kilka linijek. I wiecie co w takiej chwili myśli sobie komputer? "A zawieszę mu się :D Na godzinę, może dwie" (Na uczelni, to już jest jak mantra, starasz się, robisz dokładne prezentacje, nawet zrzucasz je na dwa pendriv'y na wszelki wypadek a komputer, w zwiążku z tym, że jest uczelniany i tak zorbi swoje! Czyli albo się zawiesi, albo nie będzie czytał pliku.) W takiej chwili po prostu krew mnie zalewa. Jeszcze dobrze, jak zdążę zapisać, te ostatnio dopisane linijki tekstu. Z resztą, kto by się przejmował! Przecież dwunasto stronnicową pracę można od tak napisać na nowo. Zgoda, można. Pytanie tylko czy znajdę jeszcze na to siłę... W sumie...jakby tak sobie zrobić przerwę na kawę, to może nie wyszedłbym na tym tak źle. Przychodzę za kawą: "Ooo odwiesił się. Cudownie! Tylko gdzie ja teraz mam ten kubek postawić?" Tu nie, bo fala dźwiękowa z głośnika będzie się źle rozchodziła, tam też nie mogę, bo jak telefon zadzwoni, to na pewno o ten kubek zahaczę.  I w końcu decyduje się poświęcić kolejne, cenne minuty przeznaczone na pisane poświęcić dla chili przyjemności. No, bo co mi zostaje innego? Aaa no tak, zapomniałbym; Siąść i płakać. W każdym bądź razie wniosek jest jeden:

Komputer bez internetu jest bezużyteczny!

Bo nie możesz nic zrobić: nie posłuchasz muzyki (o ściąganiu nie wspomnę, bo to przecież nielegalne), nie napiszesz żadnej pracy, bo całą potrzebną bibliografię ma wujek Google, no i nie zrobisz zakupów, co oznacza, że będziesz musiał ruszyć swój szanowny tyłek i iść do sklepu.
Dobrze jeszcze jak się ma dobrego dostawcę internetu i w miarę normalnych sąsiadów, którzy go nie kradną (wiecie; imigranci i te sprawy). A i to nie jest takie proste jakby się mogło wydawać,  bo albo musisz sobie pociągnąć własny kabel (przy tym oczywiście przekopać się przez ogródek sąsiada) albo jesteś skazany na radiówkę, która będzie działać jak jej się będzie podobało.  
A już najgorsze w tym wszystkim jest to, że na tą bezużyteczność nie możesz się zdenerwować, bo nic Ci to nie da. Komputer to nie człowiek. Możesz mu nawrzucać a on i tak zrobi swoje. Wnerw na człowieka jest o tyle lepszy, że przynajmniej dowiesz się co o Tobie myśli (to, że łaciną podwórkową to już inna sprawa). Ja popełnisz jakiś błąd, podejmiesz jakąś złą decyzję, to bedizesz mógł poprosić o radę (oczywiście o ile strczy Ci odwagi). Twój cudowny sprzę jedyny komunikat jaki Ci wyśle to ERROR! Na węcej bym specjalnie nie liczył.

Dlatego własnie wolę ludzi 


Bo przynajmniej wiesz co im chodzi po głowie, albo możesz się tego domyślić. Jak się zdenerwujesz, to możesz tej drugiej osobie wygarnąć i masz pewność, że zareaguje na Twój komentarz. Po całym nieprzyjemnym zajściu możecie dać sobie po szlagu a potem jak przystało na wzorowych przyjaciół: pójśc na piwo. Osobiście wolałbym wyżyć się na rowerze. Nie bez powodu mówi się przecież: "Złota Polska jesień". Ale ja w ogóle jestem staromodny, więc się zbytnio nie przejmujcie.

Posted on 22:30 by Dawid P

34 comments

piątek, 30 października 2015

"Życie jest jak pudełko czekoladek: nie wiesz co wylosujesz, ale i tak jest słodkie" Taka definicja pokazała się ostatnio na moim fanpage'u i przynajmniej do końca tego posta zamierzam się jej trzymać. Czyli pewnie jeszcze jakieś pół godziny. Problem w tym, że najpierw w ogóle trzeba coś wybrać! A przyznacie sami, że to wcale nie jest takie proste...


Pamiętacie jak byliśmy jeszcze dziećmi. Zwłaszcza tym nieznośnymi w sklepie, kiedy nasi rodzice musieli wysłuchiwać za każdym razem: "Ja chcę ten samochód", "Ja chcę czekoladę", "A dostanę lizaka?" I tak dalej... Nie mam pojęcia co się wtedy u was działo (i może nie do końca chciałbym to wiedzieć), ale moi rodzice mówili wtedy: "Dobrze, ale wieczorem już czekolady nie dostaniesz, będziesz mógł sobie zjeść jabłko"  Myślałem :" Noo super...następnym razem do sklepu pójdziemy pewnie za tydzień..." Ale teraz z perspektywy czasu bardzo się ciesze, że rodzice nauczyli mnie tego, że nie zawsze można "mieć ciastko i zjeść ciastko".

 Czasami trzeba wybrać to, co będzie dla nas lepsze, dzięki czemu będziemy szczęśliwsi nie za 5 minut, ale za dwie godziny. W życiu tak już jest, że ciągle musimy decydować albo-albo. Obojętnie czy masz lat 5, czy 25. Wybór między dostać teraz czekoladkę teraz a później jabłko, czy na odwrót jest tak samo trudny jak odpowiedź na pytanie: Znaleźć sobie dziewczynę, czy zostać singlem?

Trudne sprawy


Nie wiem, czy potrafię wam udzielić na nie odpowiedzi, bo tworzy mi się w tej chwili taki sam mętlik jak przy pytaniu: Czym jest złoty środek? Znajdź poprawną odpowiedź:

Wybór między
a) dobrem a złem
b) złem a dobrem
c) dobrem a dobrem
d) złem a złem.
Znacie poprawną odpowiedź? :D

Wbrew pozorom etyka jako przedmiot wydaje mi się być dużo łatwiejsza niż życie. Że nie wspomnę już o miłości. I nie chodzi mi bynajmniej o jej szukanie, ale o znalezienie złotego środka między miłością a przyjaźnią, czyli prościej: kumplami a dziewczyną.

Początki zawsze są trudne
Ale przecież nikt nie powiedział, że życie będzie proste. W końcu: "Im dalej w las, tym więcej drzew". A każde z nich lubi mieć swoją przestrzeń. I tu zaczynają się schody. Czy do nieba, tego nie jestem pewien.
Każda kobieta chce czuć się ważna a nawet, powiedziałbym: Najważniejsza! Chce, żebyś przy niej był, czyli poświęcał jej swój wolny czas; najlepiej najczęściej jak to możliwe. Zwłaszcza na początku znajomości, czy też jak wolicie na etapie motyli w brzuchu. Jest tyle tematów do rozmów, że brakuje nocy. Jest tyle pomysłów na wspólne spędzania dnia, że nie wiadomo który wybrać. Tym bardziej, że poza miłością są jeszcze przyjaciele, którzy zastanawiają się, czy przypadkiem nie pochłonęła Cię czarna dziura.

1)"No gdzie on jest, przecież umawialiśmy się na dziesięć po trzeciej a jest już dwadzieścia pięć?!"
2)"Nie mam pojęcia co się z nim dzieje. Ostatnio nawet na grillu go nie było"
3)"Na pewno jeszcze przyjdzie. Napisałem mu, że wódka już się chłodzi"
No, ale przecież wódka nie zająć; nie ucieknie a procenty wbrew pozorom nie wywietrzeją tak szybko. Poza tym, Józek jeszcze nie raz będzie robił grilla a jak mu napisze, że jestem u Zosi to na pewno zrozumie.
Masz rację, zrozumie raz, drugi, trzeci a za dziesiątym się wkurzy i powie Ci, że ma w dupie takiego kumpla, którego od pół roku nie może spotkać, chociaż mieszkają trzy ulice od siebie. No, bo to przecież strasznie ciężko przejść te 5 minut pieszo, ale 10 kilometrów autem dziennie to już nie! A na koniec doda jeszcze, że jesteś baba a nie chop, bo nie umiesz się kobiecie postawić! Szczerze?

Ja mu się nie dziwię


Pamiętacie jak  kilka linijek wcześniej pisałem o złotym środku? No właśnie! W życiu, żeby nie zwariować trzeba złoty środek. Brzmi pięknie! Szkoda tylko, że w praktyce nie jest to już takie proste.
Wstajesz rano, planujesz sobie dzień: że pójdziesz na zakupy, potem ogarniesz swój pokój, napiszesz posta, zjesz obiad i potem wpadniesz do dziewczyny. Plan idealny, co nie? Prawie..., bo zabrakło w nim miejsca na zdarzenia nieprzewidziane, takie jak sms'a od kumpla:"Dali mi dzisiaj wolne w robocie, to może jakieś spotkanko o 21?" Jasne! Czemu nie, chętnie wyśle tam swojego klona.
Podobno z każdej beznadziejnej sytuacji jest jakieś wyjście. Ja w takiej chwili widzę nawet dwa:
1) Odmówisz = Jesteś papuć
2) Nie odmówisz = Już po Tobie, bo:"Przecież powiedziałeś, że poświęcisz mi dziś cały wieczór..."

I jak tu znaleźć złoty środek?

Bardzo prosto: Przedstaw tą dziewczynę swoim przyjaciołom. (no chyba, że się jej wstydzisz? To lepiej uważaj, bo ściany mają nie tylko uszy, ale i oczy). Nie spodoba się? To trudno! Oni się z nią całować przecież nie będą. Gorzej, jeżeli to Ci znajomi jej nie spasują:
-Nie lubię ich. Musimy tam iść (robi maślane oczy)?
-No nie, nie musimy. To znaczy; Ty nie musisz.
Powiesz jej to i jesteś skończony, dlatego lepiej mieć nadzieję, że kumple zrozumieją. Dam Ci przyjacielską radę: Jeśli jesteś w takiej chorej sytuacji...uciekaj zanim będzie za późno!

Posted on 20:50 by Dawid P

22 comments

sobota, 24 października 2015


W naszym zakręconym życiu obchodzimy różne święta: Święta religijne, państwowe, dni wolne od pracy (to te najbardziej lubiane) i oczywiście urodziny! Specjalnie nie napisałem, że urodziny są  z rodzaju świąt najbardziej lubianych, bo znam ludzi, którzy dostając zaproszenie zrobiliby wszystko, żeby zostać w domu. To nie żart! Weźmy pod uwagę najpierw przygotowanie kobiet: Jeszcze zanim zaczną myśleć o wyjściu muszą uprać, uprasować, ugotować obiad na jutro (bo przecież wrócimy późno) dopilnować dzieci (jeżeli już są), żeby się ładnie ubrały i jeszcze zawiązać swojemu lubemu krawat. O czym zapomniałem? A no tak! Przecież same muszą się jeszcze przyszykować (patrz. odstawić na bóstwo). I generalnie zanim się na tych urodzinach znajdą już im się odechciewa tam iść. Podobnie, chociaż nieco inaczej wygląda to u mężczyzn: Człowiek przychodzi styrany po pracy do domu, je w biegu obiad (zazwyczaj w tym czasie kobieta prasuje koszulę, albo mówi mu w czym będzie wyglądał dobrze), sprawdza czy w portfelu jest jeszcze trochę gotówki i leci do sklepu: "Bo przecież trzeba jeszcze flaszkę kupić a ja na śmierć o tym zapomniałem!"



Zdecydowanie mniej problemów ma dzisiaj młodzież: ważne, żeby było co jeść (i oczywiście pić) i gdzie usiąść (nawet na pniu drzewa), bo plenerowe urodziny są dzisiaj coraz bardziej popularne. A i z prezentami nie ma już takiego zachodu jak to było za dziecka: pytanie się kolegi/koleżanki co by chciał dostać, szukanie jak najbardziej oryginalnego pomysłu (nawet na zapakowanie kubka). Nie wspomnę już o tym, że cała organizacja wydarzenia należała oczywiście do rodziców. Dzisiaj po prostu idzie się do papierniczego, kupuję najbardziej oryginalną kartę (z mniej lub bardziej autorskimi podpisami), do której dołączona będzie tak zwana zrzutka. Wiadomo, że jest wtedy jakaś kwota na tzw. łeb, bo w innym wypadku wyglądałoby to jak u 6-letnich dzieci: jedno kupuje prezent za dychę a inne za 40 zł. Chociaż powiem wam, że są osoby dla których ta zrzutka jest 'świętością' i to już jest chore.


Zazwyczaj jak idę na urodziny to wkładam do koperty (tak samo jak inni) te kilkanaście złotych i koniec. Ale spotkałem się też z dziwną sytuacją "sprawdzania ile kto dał". Na tamtych urodzinach było chyba z 15 osób, więc noo chaos był nieziemski. A że nie wszyscy mieliśmy okazję spotkać się wcześniej to koperta dyskretnie krążyła w trakcie imprezy. I generalnie nie widziałbym w tym nic złego, gdyby nie końcowe przeliczanie tej kasy i wołanie: "Ejj tutaj brakuje xyz złotych, kto nie dał tyle ile miało być?" Wiecie, jak to usłyszałem to naprawdę starałem się nie wyjść z siebie i nie stanąć obok. Ja rozumiem, że na takich imprezach można wiele, ale bez przesady. Tym bardziej, że nawet jeżeli ktoś już zarabia w wieku powiedzmy 20-23 lat, to zazwyczaj nie są to kokosy a wiadomo, że studenckie życie też kosztuje: bilet miesięczny na uczelnię, od czasu do czasu jakieś ciuchy, żeby nie wyglądać jak lump, no i może zostanie coś jeszcze na kebaba. Tym bardziej, że pieniądze to nie wszystko, bo na imprezie najważniejszy jest

Alkohol!

A ja zawsze myślałem, że solenizant. No cóż, pomyliłem się. Na każdej imprezie alkohol to przecież podstawa dobrej zabawy. A do tego ten znany wszystkim tekst:"Ze mną się nie napijesz?" No niewybaczalny błąd...
- Nie dzięki. Nie lubię czystej.
- To naleję ci jakiejś kolorowej, chyba, że wolisz piwo?
- Szczerze? Wolę sok.
I ten wzrok wszystkich dookoła, bo pogardziłeś wódką. Pragnę Cię ostrzec: Wątpię, że zostaniesz zaproszony no kolejne urodziny. Ludzie po prostu nie lubią sztywniaków. Nie chodzi tutaj o twoje naturalne zdolności zabawiania grupy, ale o to, że po prostu jesteś nie w temacie.
- A pamiętasz jako ostatnio Józek po wypiciu kręcił się w kółko i śpiewał: "I believe i can fly..."
- Tak pamiętam, o mało co nie wyrżnął wtedy łbem o beton.
No i na tym koniec żartów, bo sprawiłeś, że atmosfera stała się znowu drętwa. Jaki z tego wniosek? Napij się, albo lepiej siedź cicho.

Do czasu

Aż przyjdzie godzina zero, czyli tak zwany zgon! I wszyscy nagle zaczną umierać od bólu głowy, brzucha itp, zasypiać, albo wyczyniać jakieś inne dziwne cuda. Tak! To jest właśnie twój moment, kiedy jako jedyny trzeźwy z ekipy jesteś w stanie to zapamiętać a nawet zrobić zdjęcia, albo co gorsza nagrać filmik (o nieee!) z którego oczywiści wszyscy będziecie się potem śmiać, ale ty najbardziej. Zwłaszcza jeżeli na tym filmiku nagrasz...

Swojego wroga
Będzie to dla Ciebie niezapomniana chwila, którą w dodatku będziesz mógł powtarzać, kiedy tylko ci się spodoba. I to chyba jedyna pozytywna rzecz w tej sytuacji, bo spotkanie na imprezie na którą tak się cieszyłeś, do której tyle się przygotowywałeś, swojego wroga nr 1 na czarnej liście w nowym iPhonie, który znając życie na tej imprezie pewnie zostanie zalany. No przyznajcie szczerze: marna opcja. Na szczęście na urodzinach zazwyczaj jest na tyle ludzi, że ze swoim "przyjacielem" nie musisz wcale rozmawiać. Jest jeszcze druga pocieszająca wiadomość: on, podobnie jak i ty został na te urodziny zaproszony, więc musi się zachowywać, bo inaczej: Out!

Posted on 20:30 by Dawid P

24 comments

poniedziałek, 19 października 2015


Weekend minął jak z bicza strzelił (jak zwykle). Pamiętam jakby to było wczoraj jak pakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i jechałem na weekend do domu. A teraz? Teraz jest poniedziałek, godzina 20:18, czyli moment w którym zorientowałem się, że tak właściwie, to przez te trzy dni nie zrobiłem kompletnie nic! Nic poza wyjazdem...

Na Rekolekcje

Straciłem prawie całe 3 dni swojego życia siedząc w Domu Rekolekcyjnym z około 60 osobami, z których ponad połowy praktycznie nie znałem. I wiecie co? Z wielką chęcią straciłbym te trzy dni swojego życia w taki właśnie sposób jeszcze raz. Ciekawi dlaczego? Ano dlatego, że na Rekolekcjach

Można odpocząć

Od przytłaczającej nas codzienności, od monotonnych, machinalnie wykonywanych codziennie rzeczy, od bezsensownego pośpiechu za nie wiadomo czym, od nadmiaru obowiązków i towarzyszących im nerwów. Przyjeżdżając na Rekolekcje zostawiłem to wszystko ( chociaż na te kilka dni) za sobą. Powiem wam, że pomogło. Brak czasu na telewizję, bezsensowne siedzenie na fejsbuku, czy nawet słuchanie muzyki to jedna z niewielu rzeczy, dzięki której znalazłem moment, żeby pomyśleć na spokojnie o swoim życiu, o tym kim jestem i co tak właściwie jest dla mnie ważne. Z resztą nawet gdyby ten telewizor, czy ten laptop z internetem tam był to i tak nie było czasu na przeglądanie co ciekawego dodali znajomi na fejsie, z czego się bardzo cieszę. Są wśród was pewnie tacy, którzy myślą; "Co za wariat! Pojechał na 3 dni na rekolekcje, w dodatku bez internetu i jeszcze się z tego cieszy."

Dla tych wszystkich, którzy nie podzielają mojego entuzjazmu mam dobrą wiadomość: nie jesteście sami. Kiedy przed wyjazdem w Niedzielę do domu rozmawialiśmy przy obiedzie, to od wielu koleżanek i kolegów słyszałem: " Za każdy razem kiedy wyjeżdżam na rekolekcje nie potrafię się pozbierać, niby chcę jechać ale jakoś tak najchętniej zostałbym w domu. Ale potem w końcu przyjeżdżam tutaj a w niedzielę nie chce mi się wracać do domu, bo tak mi tu dobrze".  I to wszystko nadal bez internetu, ale za to z drugim człowiekiem obok, albo na przeciwko jak kto woli.

Można się też integrować


Bo poza modlitwą, był też czas na śpiew, zabawę, czy rozmowy w 25 osób, w jednym trzyosobowym pokoju. Dobrze, że były dwa okna :D Pamiętacie jak wspominałem, że ponad połowa osób, była dla mnie obca? No, to problem rozwiązał się sam właśnie w tamtym ciasnym pomieszczeniu. I nikt nie widział problemu, że mały, że gruby, czy, że za wysoki na moje progi, bo chociaż każdy miał swoje nazwisko i numer pesel, to byliśmy(chociaż pewnie powinienem napisać, że nadal jesteśmy) jak jedna wielka rodzina! I tak jak to już w rodzinie bywa każdy ma jakieś problemy; jeden potrzebuje wyciszenia a drugi otwarcia się na ludzi. Jeden potrzebuje modlitwy w samotności a drugi wspólnego śpiewu na cześć Boga.

Czegokolwiek byś jednak nie potrzebował, znajdziesz to na rekolekcjach i to nie w pięciozłotowej monecie, którą wrzucisz na ofiarę, ale w Bogu i drugim człowieku. Chcesz w samotności i modlitwie szukać swojej właściwej drogi? Proszę bardzo. A może wolisz pogaduchy do późnych godzin nocnych? Załatwione! Na pewno w jakimś pokoju o pierwszej w nocy pali się jeszcze światło i czekają na Ciebie! Myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest połączenie tych dwóch opcji.

A co ze snem?



Sen też jest dla ludzi, tak jak miłość, czy jedzenie; "Bo miłość to jest dobra rzecz, lecz, żeby kochać trzeba jeść..." Mi te sześć godzin snu w zupełności wystarczyło. Resztę nadrobiła pozytywna energia, która udzieliła mi się w tym miejscu, ale też dzięki wyjątkowym ludziom, których spotkałem.  A Ty byłeś/aś kiedyś na rekolekcjach?

Posted on 22:45 by Dawid P

22 comments

czwartek, 15 października 2015



Jestem wykończony! Tak po ludzku zmęczony po dziesięciu godzinach dziennie na uczelni, chyba mogę być zmęczony życiem, co nie? Chociaż znam takich co by powiedzieli: " Wiesz jak Ty już teraz jesteś zmęczony, to co dopiero będzie jak pójdziesz do pracy". Pewnie też będę marudził, że trafiłem na jakiś podtyp człowieka, którego kompletnie nienawidzę, ale po co się tym przejmować na zapas. Przecież jeszcze nie pracuję. Póki co mam na głowie dwa kierunki i pracę licencjacką do skończenia a jak przychodzę w końcu po zajęciach, to mam ochotę tylko zjeść i położyć się spać. No ewentualnie napisać tekst na bloga, bo to wbrew pozorom wymaga dużo mniej myślenia niż przepisywanie często całych artykułów tak, żeby mnie o plagiat nie posądzili (wiecie o co mi chodzi prawda?). W dodatku muszę cały czas kogoś grać a najczęściej człowieka szczęśliwego. A co jeżeli ja tak nie chcę? Jestem po prostu tym już zmęczony i chciałbym

Na jeden dzień stać się dzieckiem

I odzyskać tą zasraną radość życia, której nam tak bardzo brakuje. Tą, której dzieci mają pod dostatkiem.  Wiecie dlaczego? Bo one nie przejmują się konwenansami. Powiedzą Ci prosto w twarz: "Jesteś gburem a mama powiedziała, że mamy się z gburami nie bawić". I zrobisz się wtedy czerwony jak burak. Nie dlatego, że to będzie prawda (chociaż w pewny stopniu też), ale dlatego, że nie będziesz mógł się obronić. Bo, co powiesz takiemu dziecku "Twoja mama jest głupia!"? No właśnie nie... A gdybyś miał do czynienia z dorosłym człowiekiem, to pewnie byś się nie zawahał; bo to debil i nic nie wie o życiu. Chyba, że byłby Twoim pracodawcą, albo lepiej; kobietą! Kobieta i pracodawca w jednym w takiej chwili to już totalna katastrofa, której mam nadzieję unikniecie, bo inaczej: Gęba na kłódkę! Poza tym ta szczerość do bólu wcale nie jest taka zła. Każdemu z nas przydałoby się usłyszeć czasem kilka słów prawdy o sobie. Chociaż z drugiej strony; prawda boli i dla niektórych ten ból mógłby się okazać nie do zniesienia. Egoiści! Tak bym ich nazwał, bo przecież dzieci też czują i to często dużo więcej niż dorośli. A najpiękniejsze jest to, że nie boją się o tym mówić. I nie chodzi mi tutaj tylko o słowa, bo dziecko wyraża więcej niż tysiąc słów już samym swoim zachowaniem. Wystarczy tylko na chwilę się zatrzymać, żeby to zauważyć. Prawdę mówiąc tego też powinniśmy się uczyć od dzieci.

Dziecko widzi, dziecko wie

I to dużo więcej niż nam się może wydawać. Wiecie; miałem raz na praktykach taką przypałową sytuację; Pobudka 5:30 rano, szybkie śniadanie, czy coś w tym stylu i o 6:00 wyjazd do przedszkola. Wchodzę do sali w której miałem być na zajęciach i zaczynam pracę z moją podopieczną; powiedzielibyście pewnie, że układanie klocków to żadna sztuka i zgodzę się z wami. Pod warunkiem, że  jest to dziecko zdrowe. Moja podopieczna jak już pewnie wiecie była niepełnosprawna intelektualnie, ale w trakcie którejś już godziny zajęć złapał mnie chwilowy kryzys, zawias, zamuł, czy jak tam chcecie. I tym momencie podchodzi do mnie dziecko i pyta się: "Panie Dawidku, czemu jesteś smutny?" Nie byłem smutny, byłem po ludzku zmęczony, ale to w tej chwili jest nieważne. To dziecko wyczytało z mojej twarzy wszystkie najważniejsze emocje. A my? Czy potrafimy jeszcze odczytać czyjeś emocje wyłącznie z wyrazu twarzy a nie po tym w jakich ciuchach dziś przyszedł do pracy i czy kolory są ze sobą tak dobrze zestawione jak zwykle? Z resztą podobna sytuacja jest z twoim kłamstwem. Dzieci wiedzą kiedy kłamiesz
I nawet jeśli nie wyłapią tego teraz, to strzeż się najbliższej rozmowy, albo co gorsza pytania: a co to? a po co? a dlaczego? a może jutro? Bo...

Dzieci zadają całe mnóstwo pytań

Na które zazwyczaj nie mamy gotowej odpowiedzi. Stać nas wtedy tylko na "yyy... no... chyba tak...". A dzieci zadają całe mnóstwo pytań, ale dzięki temu są szczęśliwe! Bo mogą się dowiedzieć czegoś nowego, czegoś co je intryguje. I często żądają odpowiedzi, pytają do oporu aż czasami ma się ich dość! Ale się nie poddają. A my? Poddajemy się aż za często! Bo to nieodpowiednia chwila, bo nie do końca wiem jak to sformułować, bo to głupie pytanie... Nie ma głupich pytań! Są tylko niedouczeni ludzie, którzy boją się zostać wyśmiani. Paradoks polega na tym, że jak się pochwalimy swoją niewiedzą zostaniemy wyśmiani a jak się nią nie pochwalimy to i tak wyjdzie w praniu. I tego właśnie się boimy! Że wyjdziemy na nieoduczonych idiotów, że to przyznanie się do niewiedzy będzie upadkiem z którego się już nie podniesiemy. Dlatego...

Powinniśmy uprawiać sport

Oczywiście w miejscu, gdzie jest dużo dzieci. I nie chodzi mi tu koniecznie o jakieś sporty ekstremalne, ale chociażby o zwykłą jazdę na nartach. Jeśli byliście kiedyś na stoku to pewnie już wiecie o co mi chodzi; oczywiście o dzieci! Zwłaszcza te najmłodsze, które zjeżdżają na tych mega krótkich nartkach długości mojej ręki i popylają na nich często z samej góry na krechę. No i powiedzcie, że dzieci nie są odważne!

Posted on 20:50 by Dawid P

20 comments

piątek, 9 października 2015


Pamiętacie moment w którym po raz pierwszy poszliście do szkoły? Jeśli tak, to gratuluję pamięci a jeśli nie (to zdanie zaczyna brzmieć jak algorytm na informatyce w szkole), to się tym nie przejmujcie. Ja najbardziej pamiętam drogę, bo i tak wcześniej przechodziłem tamtędy tysiące razy, tyle tylko, że z rodzicami. Wielu moich kolegów było przywożonych, albo przyprowadzanych przez rodziców do szkoły, ale ja tak nie chciałem. Może dlatego, że miałem do niej całe 5 minut a może po prostu jak każde dziecko chciałem być samodzielny. Wtedy dziewczyny podziwiały to dużo bardziej niż teraz. A my, młodzi mężczyźni, gapiliśmy się na nie jak na zjawisko; zwłaszcza na lekcjach wf-u i na dyskotekach, tylko wtedy nikt nie chciał się do tego przyznać. Co prawda czas na: blee i obcieranie się chusteczkami, po buziaku w policzek od dziewczyny już minął, ale nadal niewielu z nas wiedziało o czym właściwie z nimi gadać(oprócz szkoły oczywiście). Najlepsze w tym wszystkim jest to, że często to one pierwsze podchodziły z pytaniem: Czy nie zagralibyśmy z nimi w klasy, Amse adamse a flore i inne gry zespołowe. I tak ten cudowny teatrzyk trwał aż do...

Gimnazjum.
Wtedy wszytko się zmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nam mężczyznom zaczęły powoli buzować hormony(dzięki czemu staliśmy się bardziej otwarci na wasze; "Hej!"). Z kolei wam przybyło tu i tam co nieco ciała, co nie było nam obojętne.  Wtedy też(niestety) powstały chamskie teksty typu:"O patrz, deska idzie!", czy bardziej znane:"Z przodu plecy, z tyłu plecy, z tyłu plecy, Pan Bóg stworzył ją dla hecy". I dopiero, kiedy ogłaszali w szkole dyskotekę okazywało się kto jest mistrzem podrywu. Co z tego, że chwilowego? Liczył się szpan!

Do czasu


To znaczy do końca dyskoteki, bo na drugi dzień wszystko wracało do normy. Oczywiście nie dla wszystkich, ale dla zdecydowanej większości. W sumie to jestem wdzięczny za te szkolne dyskoteki, bo były to nieliczne momenty kiedy z dziewczynami dało się na luzie pogadać. Nie znalazłem tam co prawda tej jedynej miłości na którą każdy tak wytrwale czeka, ale po raz pierwszy zatańczyłem wolnego z przytulaniem. I coś pękło! Jakiś dziwny głos zaczął do mnie mówić, że dziewczyny wcale nie są takie straszne, że można je polubić a nawet pokochać. Nie, nie poszedłem wtedy do psychiatry, ale zacząłem szukać sposobu na to: Jak zagadać do dziewczyny, żeby chciała się ze mną umówić? Szukałem długo, miałem wzloty a po nich drastyczne upadki i po kilku latach czekania w końcu ktoś mnie pokochał. Pamiętam jak przyszedłem wtedy do domu i powiedziałem rodzicom, że mam dziewczynę. Wtedy wydawało mi się to zupełnie normalne, ale dzisiaj zastanawiam się dlaczego właściwie mówimy;

Mam dziewczynę/mam chłopaka


Nie wydaje wam się to dziwne? Bo nie wiem jak wy, ale ja myślę, że mieć to można telefon, auto, ciastko (tylko, że z ciastkiem jest taki problem, że nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko), ale nie człowieka na własność. I nie twierdzę teraz, że każdy z was traktuje tą drugą połówkę jak swoją własność, ale nikt mi chyba nie zaprzeczy, jeśli powiem, że przyzwyczajamy się do siebie. I to bardzo, czasami nawet za bardzo... Do tego stopnia, że myślimy, że zawsze już tak będzie. Będziemy razem, szczęśliwi i zakochani. Wiecie, to chyba największy błąd jaki można popełnić w związku - przestać pracować, dbać o siebie, doceniać i mówić "Kocham Cię", bo przecież to takie oczywiste. A przypomnijcie sobie ile było oczywistych dla was rzeczy o których zapomnieliście napisać na sprawdzianie, egzaminie. No właśnie! Różnica jest tylko taka, że egzamin można powtórzyć a co z miłością? Nie zgramy jej na przecież na pendrive i nie odtworzymy na laptopie, czasu też nie cofniemy a przecież to te niezagojone rany bolą najbardziej. Można mieć dziewczynę i mieć dziewczynę. W zapisanych słowach nie ma żadnej różnicy, bo ona jest w znaczeniu a znaczenie nadajemy my sami.

Posted on 21:00 by Dawid P

28 comments

piątek, 2 października 2015

Dawno, dawno temu( wiem, że zaczyna się robić jak w bajce :P) napisałem posta o idealnym świecie, który nie istnieje. Nie miałem jeszcze wtedy zielonego pojęcia na czym tak naprawdę polega blogowanie, nie mówiąc już o magicznym progu 100 lajków na fejsbuku. W wielkim skróci mogę wam tylko wspomnieć , że shejtowałem wtedy media za stworzony przez nie wizerunek ideału. Idealny świat A dzisiaj chciałbym ten temat ugryźć z trochę innej strony. A wszystkich tych, którzy zastanawiają się, czy wszystko ze mną okej uspokajam, że jestem już po kolacji :D Ale wracając do tematu, (bo jak zwykle zaczynam bujać w obłokach a to nie studia, że wodolejstwo ratuje mi tyłek) muszę się wam do czegoś przyznać - MYLIŁEM SIĘ! Nie we wszystkim, ale jednak się myliłem i dzisiaj mówię wam, że ideał  człowieka istnieje. A, że w życiu jest tak jak w matmie; żeby coś zrozumie, trzeba najpierw poznać od początku do końca.


Mniej więcej tego uczą nas w szkole. Dlatego wałkujemy historię Polski od pierwszych Piastów do ( o ile dobrze pamiętam) Stanisława Augusta Poniatowskiego. Poznajemy te wielkie, historyczne postacie w świetle heroicznych czynów a prawda jest taka, że większość z nich to była czysta głupota. Dlatego jeśli jeszcze cokolwiek z historii pamiętacie, to na te kilka minut postarajcie się zresetować wasz RAM.
Ideały, jako te wielkie, warte uznania postacie nie istnieją. Dlatego w tej chwili, szkoda mi tych wszystkich dzieci, które po piątkowej lekcji historii mają zamydlone oczy przez ich jakże cudownego nauczyciela. Historyczne postacie, nawet Święci, nie byli tak idealni za jakich ich uważamy. Wystarczy, że otworzycie sobie internet i wstukacie: Św Paweł, czy Św Piotr. Ci to w ogóle byli udani. Pierwszy mordował chrześcijan na potęgę, dopóki nie spotkał Chrystusa i teraz jest jedną z najbardziej znanych postaci w Kościele a drugi wydał swojego Pana na śmierć i w nagrodę otrzymał klucze do nieba. Genialne, co nie?! Tylko, że tak naprawdę, wszyscy dobrze wiemy dlaczego tak się stało. Ich kluczem do sukcesu, była zmiana nastawienia o 180. Pewnie, że trwało to bardzo długo, czyli po naszemu "Wieki!", ale się udało. I nam wszystkim też się to uda. Musimy tylko uwierzyć, że;
Ideał to ktoś (nie)perfekcyjny
A my bardzo często staramy się być tak perfekcyjni jak to tylko możliwe a czasami nawet niemożliwe. I to dosłownie we wszystkim; zaczynając od dziecięcej męskości przez perfekcyjną panią kuchni i domu a kończąc na naturalnym uśmiechu, po którym od razu widać, że coś jest nie tak...
Najsmutniejsze jest to, że tak naprawdę niewiele możemy z tym zrobić, bo przecież;
Idealny pracownik to taki, który wyrabia normę ponad przeciętną, który zauważa błędy, ale siedzi cicho, żeby nie podpaść kolegom, albo nie zostać wylanym. Dlatego idealny podwładny nie popełnia błędów. Jest najlepszy w tym co robi, niczym robot kuchenny firmy Zelmer. A jak popełni jakąś gafę, to go wyleją i po problemie. Tylko co to zmieni? Ten sam człowiek pójdzie do kolejnej firmy, czy kolejnego zakładu i jak nie trafi w końcu na człowieka, który rozumie, że ludzie muszą uczyć się na błędach, to go znowu wyleją...

Kim dla mnie jest ideał?

Przede wszystkim sobą! Człowiekiem, który potrafi cieszyć się życiem, doceniać rady innych a nagany przyjmować z honorem mówiąc;" Dziękuję, bo do tej pory nie zwróciłem na to uwagi"
Idealny mąż nawet jeśli nie jest Pascalem Brodnickim, pomoże Ci zrobić zakupy i nie ważne, czy zapamięta układ lodówki, zapisze sobie listę na kartce, czy zadzwoni do Ciebie jeszcze 3 razy podczas tych zakupów. Nie każdy przecież wyczuwa różnicę miedzy mlekiem 2% a tym 3,2%. Twoje dziecko zadaje Ci mnóstwo z pozoru bezsensownych pytań, może właśnie szykować dla Ciebie najmilszą niespodziankę tego dnia. Twoja żona/dziewczyna złości się na Ciebie nie dlatego, że wywaliłeś do kosza dwa blaty na sernik, tylko dlatego, że ona po prostu zrobiła by to szybciej.

Nieidealne zakończenie
Na świecie żyje ponad 7 miliardów ludzi. Gdyby każdy z nich był idealny, to życie byłoby beznadziejnie nudne. Wyobrażacie sobie żyć z kimś, kto do końca życia, dzień w dzień, będzie wam mówił, jakim to jesteście cudownym człowiekiem? Bo ja bym chyba komuś takiemu w końcu roztrzaskał talerz na głowie, żeby choć raz powiedział mi, że jestem nienormalny :D

Posted on 22:30 by Dawid P

28 comments