sobota, 24 października 2015


W naszym zakręconym życiu obchodzimy różne święta: Święta religijne, państwowe, dni wolne od pracy (to te najbardziej lubiane) i oczywiście urodziny! Specjalnie nie napisałem, że urodziny są  z rodzaju świąt najbardziej lubianych, bo znam ludzi, którzy dostając zaproszenie zrobiliby wszystko, żeby zostać w domu. To nie żart! Weźmy pod uwagę najpierw przygotowanie kobiet: Jeszcze zanim zaczną myśleć o wyjściu muszą uprać, uprasować, ugotować obiad na jutro (bo przecież wrócimy późno) dopilnować dzieci (jeżeli już są), żeby się ładnie ubrały i jeszcze zawiązać swojemu lubemu krawat. O czym zapomniałem? A no tak! Przecież same muszą się jeszcze przyszykować (patrz. odstawić na bóstwo). I generalnie zanim się na tych urodzinach znajdą już im się odechciewa tam iść. Podobnie, chociaż nieco inaczej wygląda to u mężczyzn: Człowiek przychodzi styrany po pracy do domu, je w biegu obiad (zazwyczaj w tym czasie kobieta prasuje koszulę, albo mówi mu w czym będzie wyglądał dobrze), sprawdza czy w portfelu jest jeszcze trochę gotówki i leci do sklepu: "Bo przecież trzeba jeszcze flaszkę kupić a ja na śmierć o tym zapomniałem!"



Zdecydowanie mniej problemów ma dzisiaj młodzież: ważne, żeby było co jeść (i oczywiście pić) i gdzie usiąść (nawet na pniu drzewa), bo plenerowe urodziny są dzisiaj coraz bardziej popularne. A i z prezentami nie ma już takiego zachodu jak to było za dziecka: pytanie się kolegi/koleżanki co by chciał dostać, szukanie jak najbardziej oryginalnego pomysłu (nawet na zapakowanie kubka). Nie wspomnę już o tym, że cała organizacja wydarzenia należała oczywiście do rodziców. Dzisiaj po prostu idzie się do papierniczego, kupuję najbardziej oryginalną kartę (z mniej lub bardziej autorskimi podpisami), do której dołączona będzie tak zwana zrzutka. Wiadomo, że jest wtedy jakaś kwota na tzw. łeb, bo w innym wypadku wyglądałoby to jak u 6-letnich dzieci: jedno kupuje prezent za dychę a inne za 40 zł. Chociaż powiem wam, że są osoby dla których ta zrzutka jest 'świętością' i to już jest chore.


Zazwyczaj jak idę na urodziny to wkładam do koperty (tak samo jak inni) te kilkanaście złotych i koniec. Ale spotkałem się też z dziwną sytuacją "sprawdzania ile kto dał". Na tamtych urodzinach było chyba z 15 osób, więc noo chaos był nieziemski. A że nie wszyscy mieliśmy okazję spotkać się wcześniej to koperta dyskretnie krążyła w trakcie imprezy. I generalnie nie widziałbym w tym nic złego, gdyby nie końcowe przeliczanie tej kasy i wołanie: "Ejj tutaj brakuje xyz złotych, kto nie dał tyle ile miało być?" Wiecie, jak to usłyszałem to naprawdę starałem się nie wyjść z siebie i nie stanąć obok. Ja rozumiem, że na takich imprezach można wiele, ale bez przesady. Tym bardziej, że nawet jeżeli ktoś już zarabia w wieku powiedzmy 20-23 lat, to zazwyczaj nie są to kokosy a wiadomo, że studenckie życie też kosztuje: bilet miesięczny na uczelnię, od czasu do czasu jakieś ciuchy, żeby nie wyglądać jak lump, no i może zostanie coś jeszcze na kebaba. Tym bardziej, że pieniądze to nie wszystko, bo na imprezie najważniejszy jest

Alkohol!

A ja zawsze myślałem, że solenizant. No cóż, pomyliłem się. Na każdej imprezie alkohol to przecież podstawa dobrej zabawy. A do tego ten znany wszystkim tekst:"Ze mną się nie napijesz?" No niewybaczalny błąd...
- Nie dzięki. Nie lubię czystej.
- To naleję ci jakiejś kolorowej, chyba, że wolisz piwo?
- Szczerze? Wolę sok.
I ten wzrok wszystkich dookoła, bo pogardziłeś wódką. Pragnę Cię ostrzec: Wątpię, że zostaniesz zaproszony no kolejne urodziny. Ludzie po prostu nie lubią sztywniaków. Nie chodzi tutaj o twoje naturalne zdolności zabawiania grupy, ale o to, że po prostu jesteś nie w temacie.
- A pamiętasz jako ostatnio Józek po wypiciu kręcił się w kółko i śpiewał: "I believe i can fly..."
- Tak pamiętam, o mało co nie wyrżnął wtedy łbem o beton.
No i na tym koniec żartów, bo sprawiłeś, że atmosfera stała się znowu drętwa. Jaki z tego wniosek? Napij się, albo lepiej siedź cicho.

Do czasu

Aż przyjdzie godzina zero, czyli tak zwany zgon! I wszyscy nagle zaczną umierać od bólu głowy, brzucha itp, zasypiać, albo wyczyniać jakieś inne dziwne cuda. Tak! To jest właśnie twój moment, kiedy jako jedyny trzeźwy z ekipy jesteś w stanie to zapamiętać a nawet zrobić zdjęcia, albo co gorsza nagrać filmik (o nieee!) z którego oczywiści wszyscy będziecie się potem śmiać, ale ty najbardziej. Zwłaszcza jeżeli na tym filmiku nagrasz...

Swojego wroga
Będzie to dla Ciebie niezapomniana chwila, którą w dodatku będziesz mógł powtarzać, kiedy tylko ci się spodoba. I to chyba jedyna pozytywna rzecz w tej sytuacji, bo spotkanie na imprezie na którą tak się cieszyłeś, do której tyle się przygotowywałeś, swojego wroga nr 1 na czarnej liście w nowym iPhonie, który znając życie na tej imprezie pewnie zostanie zalany. No przyznajcie szczerze: marna opcja. Na szczęście na urodzinach zazwyczaj jest na tyle ludzi, że ze swoim "przyjacielem" nie musisz wcale rozmawiać. Jest jeszcze druga pocieszająca wiadomość: on, podobnie jak i ty został na te urodziny zaproszony, więc musi się zachowywać, bo inaczej: Out!

Posted on 20:30 by Unknown

24 comments

poniedziałek, 19 października 2015


Weekend minął jak z bicza strzelił (jak zwykle). Pamiętam jakby to było wczoraj jak pakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i jechałem na weekend do domu. A teraz? Teraz jest poniedziałek, godzina 20:18, czyli moment w którym zorientowałem się, że tak właściwie, to przez te trzy dni nie zrobiłem kompletnie nic! Nic poza wyjazdem...

Na Rekolekcje

Straciłem prawie całe 3 dni swojego życia siedząc w Domu Rekolekcyjnym z około 60 osobami, z których ponad połowy praktycznie nie znałem. I wiecie co? Z wielką chęcią straciłbym te trzy dni swojego życia w taki właśnie sposób jeszcze raz. Ciekawi dlaczego? Ano dlatego, że na Rekolekcjach

Można odpocząć

Od przytłaczającej nas codzienności, od monotonnych, machinalnie wykonywanych codziennie rzeczy, od bezsensownego pośpiechu za nie wiadomo czym, od nadmiaru obowiązków i towarzyszących im nerwów. Przyjeżdżając na Rekolekcje zostawiłem to wszystko ( chociaż na te kilka dni) za sobą. Powiem wam, że pomogło. Brak czasu na telewizję, bezsensowne siedzenie na fejsbuku, czy nawet słuchanie muzyki to jedna z niewielu rzeczy, dzięki której znalazłem moment, żeby pomyśleć na spokojnie o swoim życiu, o tym kim jestem i co tak właściwie jest dla mnie ważne. Z resztą nawet gdyby ten telewizor, czy ten laptop z internetem tam był to i tak nie było czasu na przeglądanie co ciekawego dodali znajomi na fejsie, z czego się bardzo cieszę. Są wśród was pewnie tacy, którzy myślą; "Co za wariat! Pojechał na 3 dni na rekolekcje, w dodatku bez internetu i jeszcze się z tego cieszy."

Dla tych wszystkich, którzy nie podzielają mojego entuzjazmu mam dobrą wiadomość: nie jesteście sami. Kiedy przed wyjazdem w Niedzielę do domu rozmawialiśmy przy obiedzie, to od wielu koleżanek i kolegów słyszałem: " Za każdy razem kiedy wyjeżdżam na rekolekcje nie potrafię się pozbierać, niby chcę jechać ale jakoś tak najchętniej zostałbym w domu. Ale potem w końcu przyjeżdżam tutaj a w niedzielę nie chce mi się wracać do domu, bo tak mi tu dobrze".  I to wszystko nadal bez internetu, ale za to z drugim człowiekiem obok, albo na przeciwko jak kto woli.

Można się też integrować


Bo poza modlitwą, był też czas na śpiew, zabawę, czy rozmowy w 25 osób, w jednym trzyosobowym pokoju. Dobrze, że były dwa okna :D Pamiętacie jak wspominałem, że ponad połowa osób, była dla mnie obca? No, to problem rozwiązał się sam właśnie w tamtym ciasnym pomieszczeniu. I nikt nie widział problemu, że mały, że gruby, czy, że za wysoki na moje progi, bo chociaż każdy miał swoje nazwisko i numer pesel, to byliśmy(chociaż pewnie powinienem napisać, że nadal jesteśmy) jak jedna wielka rodzina! I tak jak to już w rodzinie bywa każdy ma jakieś problemy; jeden potrzebuje wyciszenia a drugi otwarcia się na ludzi. Jeden potrzebuje modlitwy w samotności a drugi wspólnego śpiewu na cześć Boga.

Czegokolwiek byś jednak nie potrzebował, znajdziesz to na rekolekcjach i to nie w pięciozłotowej monecie, którą wrzucisz na ofiarę, ale w Bogu i drugim człowieku. Chcesz w samotności i modlitwie szukać swojej właściwej drogi? Proszę bardzo. A może wolisz pogaduchy do późnych godzin nocnych? Załatwione! Na pewno w jakimś pokoju o pierwszej w nocy pali się jeszcze światło i czekają na Ciebie! Myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest połączenie tych dwóch opcji.

A co ze snem?



Sen też jest dla ludzi, tak jak miłość, czy jedzenie; "Bo miłość to jest dobra rzecz, lecz, żeby kochać trzeba jeść..." Mi te sześć godzin snu w zupełności wystarczyło. Resztę nadrobiła pozytywna energia, która udzieliła mi się w tym miejscu, ale też dzięki wyjątkowym ludziom, których spotkałem.  A Ty byłeś/aś kiedyś na rekolekcjach?

Posted on 22:45 by Unknown

22 comments

czwartek, 15 października 2015



Jestem wykończony! Tak po ludzku zmęczony po dziesięciu godzinach dziennie na uczelni, chyba mogę być zmęczony życiem, co nie? Chociaż znam takich co by powiedzieli: " Wiesz jak Ty już teraz jesteś zmęczony, to co dopiero będzie jak pójdziesz do pracy". Pewnie też będę marudził, że trafiłem na jakiś podtyp człowieka, którego kompletnie nienawidzę, ale po co się tym przejmować na zapas. Przecież jeszcze nie pracuję. Póki co mam na głowie dwa kierunki i pracę licencjacką do skończenia a jak przychodzę w końcu po zajęciach, to mam ochotę tylko zjeść i położyć się spać. No ewentualnie napisać tekst na bloga, bo to wbrew pozorom wymaga dużo mniej myślenia niż przepisywanie często całych artykułów tak, żeby mnie o plagiat nie posądzili (wiecie o co mi chodzi prawda?). W dodatku muszę cały czas kogoś grać a najczęściej człowieka szczęśliwego. A co jeżeli ja tak nie chcę? Jestem po prostu tym już zmęczony i chciałbym

Na jeden dzień stać się dzieckiem

I odzyskać tą zasraną radość życia, której nam tak bardzo brakuje. Tą, której dzieci mają pod dostatkiem.  Wiecie dlaczego? Bo one nie przejmują się konwenansami. Powiedzą Ci prosto w twarz: "Jesteś gburem a mama powiedziała, że mamy się z gburami nie bawić". I zrobisz się wtedy czerwony jak burak. Nie dlatego, że to będzie prawda (chociaż w pewny stopniu też), ale dlatego, że nie będziesz mógł się obronić. Bo, co powiesz takiemu dziecku "Twoja mama jest głupia!"? No właśnie nie... A gdybyś miał do czynienia z dorosłym człowiekiem, to pewnie byś się nie zawahał; bo to debil i nic nie wie o życiu. Chyba, że byłby Twoim pracodawcą, albo lepiej; kobietą! Kobieta i pracodawca w jednym w takiej chwili to już totalna katastrofa, której mam nadzieję unikniecie, bo inaczej: Gęba na kłódkę! Poza tym ta szczerość do bólu wcale nie jest taka zła. Każdemu z nas przydałoby się usłyszeć czasem kilka słów prawdy o sobie. Chociaż z drugiej strony; prawda boli i dla niektórych ten ból mógłby się okazać nie do zniesienia. Egoiści! Tak bym ich nazwał, bo przecież dzieci też czują i to często dużo więcej niż dorośli. A najpiękniejsze jest to, że nie boją się o tym mówić. I nie chodzi mi tutaj tylko o słowa, bo dziecko wyraża więcej niż tysiąc słów już samym swoim zachowaniem. Wystarczy tylko na chwilę się zatrzymać, żeby to zauważyć. Prawdę mówiąc tego też powinniśmy się uczyć od dzieci.

Dziecko widzi, dziecko wie

I to dużo więcej niż nam się może wydawać. Wiecie; miałem raz na praktykach taką przypałową sytuację; Pobudka 5:30 rano, szybkie śniadanie, czy coś w tym stylu i o 6:00 wyjazd do przedszkola. Wchodzę do sali w której miałem być na zajęciach i zaczynam pracę z moją podopieczną; powiedzielibyście pewnie, że układanie klocków to żadna sztuka i zgodzę się z wami. Pod warunkiem, że  jest to dziecko zdrowe. Moja podopieczna jak już pewnie wiecie była niepełnosprawna intelektualnie, ale w trakcie którejś już godziny zajęć złapał mnie chwilowy kryzys, zawias, zamuł, czy jak tam chcecie. I tym momencie podchodzi do mnie dziecko i pyta się: "Panie Dawidku, czemu jesteś smutny?" Nie byłem smutny, byłem po ludzku zmęczony, ale to w tej chwili jest nieważne. To dziecko wyczytało z mojej twarzy wszystkie najważniejsze emocje. A my? Czy potrafimy jeszcze odczytać czyjeś emocje wyłącznie z wyrazu twarzy a nie po tym w jakich ciuchach dziś przyszedł do pracy i czy kolory są ze sobą tak dobrze zestawione jak zwykle? Z resztą podobna sytuacja jest z twoim kłamstwem. Dzieci wiedzą kiedy kłamiesz
I nawet jeśli nie wyłapią tego teraz, to strzeż się najbliższej rozmowy, albo co gorsza pytania: a co to? a po co? a dlaczego? a może jutro? Bo...

Dzieci zadają całe mnóstwo pytań

Na które zazwyczaj nie mamy gotowej odpowiedzi. Stać nas wtedy tylko na "yyy... no... chyba tak...". A dzieci zadają całe mnóstwo pytań, ale dzięki temu są szczęśliwe! Bo mogą się dowiedzieć czegoś nowego, czegoś co je intryguje. I często żądają odpowiedzi, pytają do oporu aż czasami ma się ich dość! Ale się nie poddają. A my? Poddajemy się aż za często! Bo to nieodpowiednia chwila, bo nie do końca wiem jak to sformułować, bo to głupie pytanie... Nie ma głupich pytań! Są tylko niedouczeni ludzie, którzy boją się zostać wyśmiani. Paradoks polega na tym, że jak się pochwalimy swoją niewiedzą zostaniemy wyśmiani a jak się nią nie pochwalimy to i tak wyjdzie w praniu. I tego właśnie się boimy! Że wyjdziemy na nieoduczonych idiotów, że to przyznanie się do niewiedzy będzie upadkiem z którego się już nie podniesiemy. Dlatego...

Powinniśmy uprawiać sport

Oczywiście w miejscu, gdzie jest dużo dzieci. I nie chodzi mi tu koniecznie o jakieś sporty ekstremalne, ale chociażby o zwykłą jazdę na nartach. Jeśli byliście kiedyś na stoku to pewnie już wiecie o co mi chodzi; oczywiście o dzieci! Zwłaszcza te najmłodsze, które zjeżdżają na tych mega krótkich nartkach długości mojej ręki i popylają na nich często z samej góry na krechę. No i powiedzcie, że dzieci nie są odważne!

Posted on 20:50 by Unknown

20 comments

piątek, 9 października 2015


Pamiętacie moment w którym po raz pierwszy poszliście do szkoły? Jeśli tak, to gratuluję pamięci a jeśli nie (to zdanie zaczyna brzmieć jak algorytm na informatyce w szkole), to się tym nie przejmujcie. Ja najbardziej pamiętam drogę, bo i tak wcześniej przechodziłem tamtędy tysiące razy, tyle tylko, że z rodzicami. Wielu moich kolegów było przywożonych, albo przyprowadzanych przez rodziców do szkoły, ale ja tak nie chciałem. Może dlatego, że miałem do niej całe 5 minut a może po prostu jak każde dziecko chciałem być samodzielny. Wtedy dziewczyny podziwiały to dużo bardziej niż teraz. A my, młodzi mężczyźni, gapiliśmy się na nie jak na zjawisko; zwłaszcza na lekcjach wf-u i na dyskotekach, tylko wtedy nikt nie chciał się do tego przyznać. Co prawda czas na: blee i obcieranie się chusteczkami, po buziaku w policzek od dziewczyny już minął, ale nadal niewielu z nas wiedziało o czym właściwie z nimi gadać(oprócz szkoły oczywiście). Najlepsze w tym wszystkim jest to, że często to one pierwsze podchodziły z pytaniem: Czy nie zagralibyśmy z nimi w klasy, Amse adamse a flore i inne gry zespołowe. I tak ten cudowny teatrzyk trwał aż do...

Gimnazjum.
Wtedy wszytko się zmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nam mężczyznom zaczęły powoli buzować hormony(dzięki czemu staliśmy się bardziej otwarci na wasze; "Hej!"). Z kolei wam przybyło tu i tam co nieco ciała, co nie było nam obojętne.  Wtedy też(niestety) powstały chamskie teksty typu:"O patrz, deska idzie!", czy bardziej znane:"Z przodu plecy, z tyłu plecy, z tyłu plecy, Pan Bóg stworzył ją dla hecy". I dopiero, kiedy ogłaszali w szkole dyskotekę okazywało się kto jest mistrzem podrywu. Co z tego, że chwilowego? Liczył się szpan!

Do czasu


To znaczy do końca dyskoteki, bo na drugi dzień wszystko wracało do normy. Oczywiście nie dla wszystkich, ale dla zdecydowanej większości. W sumie to jestem wdzięczny za te szkolne dyskoteki, bo były to nieliczne momenty kiedy z dziewczynami dało się na luzie pogadać. Nie znalazłem tam co prawda tej jedynej miłości na którą każdy tak wytrwale czeka, ale po raz pierwszy zatańczyłem wolnego z przytulaniem. I coś pękło! Jakiś dziwny głos zaczął do mnie mówić, że dziewczyny wcale nie są takie straszne, że można je polubić a nawet pokochać. Nie, nie poszedłem wtedy do psychiatry, ale zacząłem szukać sposobu na to: Jak zagadać do dziewczyny, żeby chciała się ze mną umówić? Szukałem długo, miałem wzloty a po nich drastyczne upadki i po kilku latach czekania w końcu ktoś mnie pokochał. Pamiętam jak przyszedłem wtedy do domu i powiedziałem rodzicom, że mam dziewczynę. Wtedy wydawało mi się to zupełnie normalne, ale dzisiaj zastanawiam się dlaczego właściwie mówimy;

Mam dziewczynę/mam chłopaka


Nie wydaje wam się to dziwne? Bo nie wiem jak wy, ale ja myślę, że mieć to można telefon, auto, ciastko (tylko, że z ciastkiem jest taki problem, że nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko), ale nie człowieka na własność. I nie twierdzę teraz, że każdy z was traktuje tą drugą połówkę jak swoją własność, ale nikt mi chyba nie zaprzeczy, jeśli powiem, że przyzwyczajamy się do siebie. I to bardzo, czasami nawet za bardzo... Do tego stopnia, że myślimy, że zawsze już tak będzie. Będziemy razem, szczęśliwi i zakochani. Wiecie, to chyba największy błąd jaki można popełnić w związku - przestać pracować, dbać o siebie, doceniać i mówić "Kocham Cię", bo przecież to takie oczywiste. A przypomnijcie sobie ile było oczywistych dla was rzeczy o których zapomnieliście napisać na sprawdzianie, egzaminie. No właśnie! Różnica jest tylko taka, że egzamin można powtórzyć a co z miłością? Nie zgramy jej na przecież na pendrive i nie odtworzymy na laptopie, czasu też nie cofniemy a przecież to te niezagojone rany bolą najbardziej. Można mieć dziewczynę i mieć dziewczynę. W zapisanych słowach nie ma żadnej różnicy, bo ona jest w znaczeniu a znaczenie nadajemy my sami.

Posted on 21:00 by Unknown

28 comments

piątek, 2 października 2015

Dawno, dawno temu( wiem, że zaczyna się robić jak w bajce :P) napisałem posta o idealnym świecie, który nie istnieje. Nie miałem jeszcze wtedy zielonego pojęcia na czym tak naprawdę polega blogowanie, nie mówiąc już o magicznym progu 100 lajków na fejsbuku. W wielkim skróci mogę wam tylko wspomnieć , że shejtowałem wtedy media za stworzony przez nie wizerunek ideału. Idealny świat A dzisiaj chciałbym ten temat ugryźć z trochę innej strony. A wszystkich tych, którzy zastanawiają się, czy wszystko ze mną okej uspokajam, że jestem już po kolacji :D Ale wracając do tematu, (bo jak zwykle zaczynam bujać w obłokach a to nie studia, że wodolejstwo ratuje mi tyłek) muszę się wam do czegoś przyznać - MYLIŁEM SIĘ! Nie we wszystkim, ale jednak się myliłem i dzisiaj mówię wam, że ideał  człowieka istnieje. A, że w życiu jest tak jak w matmie; żeby coś zrozumie, trzeba najpierw poznać od początku do końca.


Mniej więcej tego uczą nas w szkole. Dlatego wałkujemy historię Polski od pierwszych Piastów do ( o ile dobrze pamiętam) Stanisława Augusta Poniatowskiego. Poznajemy te wielkie, historyczne postacie w świetle heroicznych czynów a prawda jest taka, że większość z nich to była czysta głupota. Dlatego jeśli jeszcze cokolwiek z historii pamiętacie, to na te kilka minut postarajcie się zresetować wasz RAM.
Ideały, jako te wielkie, warte uznania postacie nie istnieją. Dlatego w tej chwili, szkoda mi tych wszystkich dzieci, które po piątkowej lekcji historii mają zamydlone oczy przez ich jakże cudownego nauczyciela. Historyczne postacie, nawet Święci, nie byli tak idealni za jakich ich uważamy. Wystarczy, że otworzycie sobie internet i wstukacie: Św Paweł, czy Św Piotr. Ci to w ogóle byli udani. Pierwszy mordował chrześcijan na potęgę, dopóki nie spotkał Chrystusa i teraz jest jedną z najbardziej znanych postaci w Kościele a drugi wydał swojego Pana na śmierć i w nagrodę otrzymał klucze do nieba. Genialne, co nie?! Tylko, że tak naprawdę, wszyscy dobrze wiemy dlaczego tak się stało. Ich kluczem do sukcesu, była zmiana nastawienia o 180. Pewnie, że trwało to bardzo długo, czyli po naszemu "Wieki!", ale się udało. I nam wszystkim też się to uda. Musimy tylko uwierzyć, że;
Ideał to ktoś (nie)perfekcyjny
A my bardzo często staramy się być tak perfekcyjni jak to tylko możliwe a czasami nawet niemożliwe. I to dosłownie we wszystkim; zaczynając od dziecięcej męskości przez perfekcyjną panią kuchni i domu a kończąc na naturalnym uśmiechu, po którym od razu widać, że coś jest nie tak...
Najsmutniejsze jest to, że tak naprawdę niewiele możemy z tym zrobić, bo przecież;
Idealny pracownik to taki, który wyrabia normę ponad przeciętną, który zauważa błędy, ale siedzi cicho, żeby nie podpaść kolegom, albo nie zostać wylanym. Dlatego idealny podwładny nie popełnia błędów. Jest najlepszy w tym co robi, niczym robot kuchenny firmy Zelmer. A jak popełni jakąś gafę, to go wyleją i po problemie. Tylko co to zmieni? Ten sam człowiek pójdzie do kolejnej firmy, czy kolejnego zakładu i jak nie trafi w końcu na człowieka, który rozumie, że ludzie muszą uczyć się na błędach, to go znowu wyleją...

Kim dla mnie jest ideał?

Przede wszystkim sobą! Człowiekiem, który potrafi cieszyć się życiem, doceniać rady innych a nagany przyjmować z honorem mówiąc;" Dziękuję, bo do tej pory nie zwróciłem na to uwagi"
Idealny mąż nawet jeśli nie jest Pascalem Brodnickim, pomoże Ci zrobić zakupy i nie ważne, czy zapamięta układ lodówki, zapisze sobie listę na kartce, czy zadzwoni do Ciebie jeszcze 3 razy podczas tych zakupów. Nie każdy przecież wyczuwa różnicę miedzy mlekiem 2% a tym 3,2%. Twoje dziecko zadaje Ci mnóstwo z pozoru bezsensownych pytań, może właśnie szykować dla Ciebie najmilszą niespodziankę tego dnia. Twoja żona/dziewczyna złości się na Ciebie nie dlatego, że wywaliłeś do kosza dwa blaty na sernik, tylko dlatego, że ona po prostu zrobiła by to szybciej.

Nieidealne zakończenie
Na świecie żyje ponad 7 miliardów ludzi. Gdyby każdy z nich był idealny, to życie byłoby beznadziejnie nudne. Wyobrażacie sobie żyć z kimś, kto do końca życia, dzień w dzień, będzie wam mówił, jakim to jesteście cudownym człowiekiem? Bo ja bym chyba komuś takiemu w końcu roztrzaskał talerz na głowie, żeby choć raz powiedział mi, że jestem nienormalny :D

Posted on 22:30 by Unknown

28 comments

niedziela, 27 września 2015


Czyli: LBA w moim wykonaniu :D A że dostałem aż lub tylko 3 nominacje w trakcie mojego wyjazdu dlatego teraz postaram się nadrobić zaległości. Z puli mnóstwa interesujących pytań wybrałem po 4 od każdego z was. Na samym początku chciałbym jednak bardzo podziękować  Doli, Marcie i Zdolnemu - leniwemu za nominowanie mnie do (jak to się oficjalnie nazywa) Liebster Blog Award. Żeby nie przedłużać, zapraszam do przeczytania kilku faktów o mnie :) 

Na początek pytania blogowe
1.Zacząłem blogować bo...
 Dziewczyna powiedziała mi , że mógłbym spróbować, bo jest ciekawa tego co bym napisał.
2.Co Ci daje blogowanie?
 Korzyści jest wiele, ale te najważniejsze dla mnie to: systematyczność w dodawaniu kolejnych wpisów, sprawdzanie po 10 razy błędów w pisowni (a i tak czasami się zdarzają...), blogowanie poszerza horyzonty, bo przecież nie pisze tylko dla siebie :D
3.Jak sądzisz czy za dwa lata nadal będziesz prowadzić swojego bloga? Nie boisz się, że skończą Ci się pomysły, zabraknie weny?
 Podobno ilu ludzi tyle pomysłów a całego świata jeszcze nie mam w znajomych na fejsie :P


Teraz przyszedł czas na pytania życiowe


1.Przy czym wypoczywasz?
Lubie wypoczywać przy muzyce, no chyba, że mnie ktoś lub coś zdenerwuje
:P Wtedy wychodzę z siebie i idę na rower.
2.Wolisz o czymś czytać, czy doświadczać tego?
Czytać to lubię ciekawe historie, kryminały, ale jeśli chodzi o relacje z
ludźmi to zdecydowanie wolę czuć te emocje na żywo niż
widzieć je na ekranie monitora.
3.Jeśli spotkałbyś siebie sprzed 10 lat co byś powiedział lub dał?
Uważaj na tych ludzi, bo nigdy nie wiesz do kogo dostaniesz po dupie.
4.Czego na co dzień najbardziej Ci brakuje?
Najbardziej brakuje mi wolności od życia, od ciągłego pośpiechu, od terminów
i  od robienia rzeczy na które wcale nie mam ochoty.
5.Kilkudniowy urlop spędzisz chętniej w: wielkim mieście czy
dziczy? 
Oczywiście, że w dziczy, bo tylko tam nie ma zasięgu a co za tym idzie;
fejsbuka :D
6.Masz swoje ukochane miejsce do odpoczynku? 
Ukochanego miejsca do odpoczynku nie mam, ale za to mam idealnych znajomych z
którymi każde miejsce do odpoczynku (tego aktywnego też) jest
dobre.
7. Jakie są Twoje ulubione słodycze?
Numer 1 zdecydowanie mogę przyznać czekoladzie studentskiej!  8. Co jest Twoim "must have" jeśli chodzi o pamiątki z podróży?  Breloki, których zdjęcie znajdziecie na fp :)  9. Jakiej cechy ludzkiej najbardziej nie znosisz?   Ja zniosę wszystko, poza dwulicowością!

A na sam koniec zostawiłem sobie pytania obciachowe :D



1. Ulubiona bajka z dzieciństwa? 
   Tabaluga z nietopiącym się bałwanem!

2. 
Chrapiesz?
    Podobno czasami, ale tego nie pamiętam, bo śpię :P


3. Co jest gorsze: szef idiota czy podwładny śmierdzący leniuch? 

  Szef idiota, bo podwładnego zawsze można wykopać :D

A teraz przyszedł czas na was! 

Rozkminy Tiny
Bajkowy Świat
FOCH z przytupem
Wolniej
Połącz Kropki
Uwaga! Podaję pytania. Drugi raz nie powtarzam :P 1. Jaka jest najbardziej zwariowana rzecz jaką w życiu zrobiłaś/eś? 2. Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia? 3. Czy jest jeszcze coś za co warto umrzeć? 4. Jaki wynalazek uratowałby ludzkość? 5. Co wywołuje u Ciebie uśmiech na twarzy?





Posted on 16:48 by Unknown

8 comments

piątek, 18 września 2015

Bardzo długo zbierałem się do stworzenia tego wpisu. Nie dlatego, że mi się nie chciało, czy nie miałem czasu (chociaż z czasem to przyznam się bywało różnie), ale dlatego, że; post będzie o kobietach. I z jednej strony chcę jeszcze żyć, ale z drugiej ( jako mężczyzna) nie potrafię zrozumieć dlaczego zostaliśmy zmuszeni do dzielenia was na;


Piękne kobiety i  piękne lalki barbie
"Piękne lalki barbie" to oczywiście ironia. Bo co może być pięknego w pełnych plastiku kobietach (świecących się jak mój Peugeot 206 po umyciu), ubranych w ciuchy z najnowszej kolekcji Gucciego, wyglądających przy tym jak własna córka? Kompletnie nic! Tylko, że ja tutaj mogę sobie pisać, że prawdziwa kobieta to taka, która ma cechy troskliwej matki, która wspiera swojego męża w trudnych dla niego chwilach, która potrafi z twarzą wybrnąć z każdej sytuacji i jest jak tabletki do zmywarki firmy Calgonit: All in one. A prawda jest taka, że część z was i tak powie coś w stylu: Jestem kobietą, (w dzisiejszych czasach już) zarabiam, więc mam prawo się dobrze ubrać. No i jak mężczyzna usłyszy taki tekst, to za bardzo nawet nie może nic zrobić. Wiecie jak to dzisiaj jest; intercyzy, rozdzielność majątkowa, że o rozwodach już nie wspomnę, bo kto inny zrobił to już za mnie i napisał, że Rozwód to nie porażka. Bo prawda jest taka, że kobiety lubią czuć się doceniane a jak nie znajdą tego w domu, to pójdą do sklepu (wróć..dzisiaj to się już nazywa Centrum Handlowym). I w ten oto prosty sposób drodzy panowie stracicie i pieniądze i kobietę a jej metamorfozy możecie nie przeżyć. Ile to pięknych kobiet przewija się dzisiaj przez pasaże z markową odzieżą. Powiedziałem pięknych? Powinienem raczej powiedzieć: dobrze umalowanych, czy nieźle wytapetowanych. A spróbowalibyście taką zobaczyć o 5:30 rano przed lustrem (co prawdopodobnie i tak się nie zdarzy, bo my o tej porze jeszcze śpimy). Zupełnie inna osoba: z wymiętą od wiercenia się w nocy koszulą, naturalnie rozczochranymi włosami i tym naturalnym grymasem twarzy przy ziewaniu przed lustrem. Ale niestety czar szybko mija i po chwili z łazienki wychodzi ta druga odsłona; z idealnie dopasowanym makijażem,
Dlaczego mężczyźni wolą kobiety bez makijażu?
Bo jak już wspomniałem; są bardziej naturalne, nie musza nikogo udawać ani też ukrywać swoich emocji. No bo taka kobieta z makijażem na twarzy to ma przecież przerąbane. Wyobrażacie to sobie; w domu wielka awantura, którą słychać na pół osiedla, ona wrzeszczy coś, w stylu: Mam tego dość, wychodzę!(bez zbędnych epitetów), w pośpiechu nakłada warstwę makijażu, żeby nie było widać podpuchniętych powiek, ale to wszystko na nic, bo Ona wbrew pozorom jakie stwarza nie jest cyborgiem, tylko zwyczajną kobietą z uczuciami, które zaraz zmyją jej ten makijaż. To powiedzcie mi jaki jest sens go w ogóle nakładać?
Pomijając już sprawę durnych, bo durnych, ale czasem potrzebnych kłótni, to często z ust kobiety można usłyszeć coś w rodzaju: "No przecież staram się dla Ciebie! Ubrałam nową bluzkę, zrobiłam makijaż, no powiedz mi chociaż że ładnie wyglądam." 

Drogie Panie

To nie tak ,że my mężczyźni nie widzimy waszych starań; nie zauważamy nowej garderoby, nowej szminki, czy idealnie zrobionej przed chwilą fryzury prosto od najlepszego stylisty w mieście. My naprawdę zauważamy jak bardzo się zmieniacie przede wszystkim dla siebie i czasem trochę dla nas, albo na odwrót. Tylko, że nam do szczęścia potrzeba naprawdę niewiele. Wystarczy jedno spojrzenie, lekki wasz uśmiech  i życie staje się piękniejsze. A lalki Barbie już dawno wyszły z mody :)

Posted on 20:28 by Unknown

25 comments

poniedziałek, 14 września 2015

Małe dzieci są słodkie (jak śpią to tym bardziej, ale nie tylko), bo nie dość, że mają w sobie tą radość życia, tą chęć poznawania świata( czyli to czego nam często brakuje), to dodatkowo potrafią wymyślać niestworzone historie i tego im zazdroszczę. Ale najbardziej na świecie to zazdroszczę im tych wspaniałych marzeń; „Kiedyś zostanę sławną piosenkarką”, „Jak dorosnę będę taki jak mój tata”, „Dziś było super, ale jutro to będzie jeszcze lepiej bo zbudujemy statek kosmiczny!” Takich marzeń mógłbym wymieniać tysiące a i tak nie wymieniłbym wszystkich, bo kreatywność dzieci nie zna granic. Nieważne czy tym marzeniem jest koszulka z podpisem Marcina Gortata, czy nowy komputer w stylu Monster High, bo jak śpiewała Majka Jeżowska: „Marzenia się spełniają!”

Każdy ma marzenia
Dziecko, dorosły, nawet kot ( bo dostać miskę mleka to czasami też może być tylko marzenie). Różnica jest tylko taka, że te marzenia dziecka i kota (żeby nie było nie porównuję ich ze sobą) są prawdziwe, albo inaczej; są czymś oryginalnym, naprawdę wyjątkowym a nie to o czym większość z nas dzisiaj myśli, czyli weekend i urlop. No, bo powiedzcie szczerze; co wam przyjdzie z tego wolnego oprócz poprasowanych ubrań, zreperowanej pralki, czy 3 dodatkowych kilogramów, które potem będziecie zrzucać niewiadomo ile? Nie twierdzę, że każdy weekend w domu musi być beznadziejny i że na urlopie nie robi się nic oprócz grillowania w towarzystwie procentów i ludzi. Tylko ludzie! Pomyślcie przez chwilę, czy to są marzenia o które naprawdę warto walczyć za wszelką cenę? No i druga sprawa; Jak wiele jesteście w stanie poświęcić, żeby to wasze marzenie się spełniło? Nie każę wam od razu walczyć z Rakiem (którego mam wielką nadzieję, że nie macie). Nie o to mi chodzi. Po prostu moim zdaniem;

Choroba motywuje do działania
Oczywiście znowu; nie zawsze i nie każdego, ale jednak bardzo często. Przykładów mógłbym mnożyć całe mnóstwo; zaczynając od indywidualnych przypadków a kończąc na książkach w których każdy rozdział do historia jakiejś osoby doświadczonej przez los; niekoniecznie bezpośrednio. Bo przecież każdy z was dobrze wie o tym, że jakiekolwiek choroba to nic przyjemnego. Często właśnie dlatego jęczymy i stękamy i niewiadomo co jeszcze robimy, bo jest nam tak bardzo źle. Ale musicie mi uwierzyć, że to jest nic... To nic w porównaniu z bólem jaki przeżywamy, kiedy bliska nam osoba cierpi, może nawet krzyczy z bólu! Tylko, że tu znowu nie mogę władować wszystkich do jednego wora, bo są i takie osoby, które dzięki swojemu (jakbyście to nazwali) przykremu doświadczeniu odkryły sens życia! Bo...

O marzenia trzeba walczyć!

Zawsze! Do końca i z całych sił! 
Wiecie; pamiętam jak byłem z fundacji u pewnego chłopaka na onkologii. Miał 18 lat, czyli był prawie moim rówieśnikiem a mimo to czułem się przy nim tak jakbym chodził dopiero do przedszkola życia. No, bo wiecie jak to jest; łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Ja po prostu zwyczajnie nie wiedziałem jak mam z nim rozmawiać. To była sytuacja z cyklu tych beznadziejnych, gdzie nawet „jak minął dzień” brzmiało głupio. „Mam nowotwór, ale poza tym to wszystko spoko” No przyznacie sami, że brzmi to co najmniej słabo... Tylko, że nieoczekiwanie mój problem rozwiązał się sam. Ten chłopak sam zaczął o sobie opowiadać; może nie tyle o sobie co o swoim nowotworze. Powiem wam szczerze, że byłem mocno zaskoczony tym jak zwyczajnie Ono tym opowiadał. Mało tego; miał już zaplanowane co zrobi po wyjściu ze szpitala, do której firmy napisze, gdzie będzie pracował i kiedy spotka się z kumplami. 

Spełnione marzenie przynosi radość

Niedługo po tym spotkaniu znaleźli się ludzie dobrej woli, którzy postanowili spełnić marzenie Mateusza o nowym monitorze do streamowania. Co było dalej? Dokładnie nie wiem. Pamiętam tylko zaskoczenie Mateusza kiedy dostał nowy monitor. I pewnie powiecie, że teraz przeczę sam sobie, bo przecież monitor to nie marzenie. Dla mnie może i nie, ale ja póki co na swoje zdrowie nie narzekam, bo tak naprawdę nie mam powodu. Ja mogę sobie kupić nawet plazmę do pokoju, bo zdołam na nią uzbierać i jeszcze się nią nacieszyć. Różnica jest taka, że dla mnie będzie to tylko kolejna nowa rzecz. Dla niego było to spełnienie marzeń.

Posted on 23:54 by Unknown

28 comments

wtorek, 8 września 2015

Wiecie; zanim zabrałem się za napisanie tego tekstu wstukałem sobie najpierw w googlach : Życie jest jak... Oczywiście możecie sami sprawdzić jakie przedziwne hasła wam wyskoczą. U mnie w rankingu top 5 na pierwszym miejscu był tramwaj – trzeba wiedzieć kiedy wysiąść. No dobra, ten tekst jest dość znany, ale kolejne propozycje naszego wujka były dużo bardziej zaskakujące. Srebrny medal zdobyły szachy a na ostatnim miejscu podium był okręt na burzliwym oceanie. 
No cóż; wino i pusty chlebak musiały się zadowolić gromkimi oklaskami mojej klawiatury. Wszystkie te porównania pewnie są trafne, ale wiecie jak to jest; ilu ludzi, tyle definicji. Dla mnie;
Życie jest jak wynik z matmy


Dobry, albo zły. Innej możliwości nie ma. I gdyby to była tylko kwestia matmy, to pewnie by mnie to nie ruszyło, bo sam jestem ( jak niektórzy twierdzą) bezrobotnym humanistą. Ale niestety tak nie jest... Dzisiaj dosłownie wszystko jest czarno – białe, dobre, albo złe. Nie ma nic pomiędzy, nie ma żadnego “ale”, bo nie ma czasu na to, żeby się zastanawiać, czy zrobiłem dobrze dając uczniowi dwóję na sprawdzianie. No dobra, może nie tyle, że nie ma czasu, co nie ma sensu. Przecież punkty mówią same za siebie; na więcej nie zasłużył. Wiecie; miałem taką sytuację ostatnio na egzaminie z socjologi. Przyszedłem do gabinetu na umówiony termin, żeby odczytać swoją pracę. Wykładowca pokiwał głową i zapytał, czy dużo się uczyłem, bo moje odpowiedzi są bardzo trafne. Nieważne co mu wtedy odpowiedziałem; to nie ma większego znaczenia. Ważne w tamtym momencie było tylko to, że byłem pierwszy. Wykładowca nie czytał wcześniej żadnej pracy z mojego roku, dlatego dostałem wysoką ocenę. Gdybym przyszedł tydzień później, gdybym chociaż czytał tą pracę jako dziesiątą, to on już by się zastanawiał, zacząłby przekopywać inne prace i doszukiwać się u mnie braków. A tak, że moja praca była jako pierwsza, to ich po prostu nie widział. Ta sytuacja była jedną z niewielu czarno – białych. Część z was pewnie i tak pomyśli sobie, że miałem po prostu farta.

Czarno – białe sentymenty

To taki sam oksymoron jak zimny ogień. Różnica jest tylko taka, że zimne ognie istnieją a czarno – białe sentymenty nie... Prosty przykład;
Wszyscy, ale to wszyscy bez wyjątku ludzie, przy robieniu porządków w szafie, garażu, na działce dzielą rzeczy na 3 trzy kategorie;

1. Przyda się
2. Nie przyda się
3. A może jeszcze kiedyś...
Tadam! Właśnie udowodniłem wam, że czarno – biały świat nie istnieje, bo gdyby tak było, to ludzie by się nad niczym nie zastanawiali. Wyrzuciliby do kosza stary egzemplarz Ani z Zielonego Wzgórza, bo przecież kartki były już potargane, pożółkłe a okładką był dwudaniowy obiad. A jednak nadal trzymamy na naszych półkach lektury szkolne sprzed 30 lat, z których korzystali nasi rodzice a czasem nawet dziadkowie. I z jednej strony patrząc na samą okładkę odrzuca nas od tej książki, ale z drugiej tak strasznie chcemy się dowiedzieć co znowu szalona Ania wymyśli i czy Gilbert w końcu powie jej, że ją kocha. Jak myślicie, kto wygra tym razem? Serce, czy rozum?

Za co cenię naukowców

Za ich pewność, że pająk jest stawonogiem a nie strunowcem, za to, że zawsze na wszystko mają niezbite dowody, że nie zastanawiają się nad tym czy można mieć ciastko i zjeść ciastko. Jak dla mnie Arystoteles miał rację mówiąc, że dobro nie jest jedno. Ono jest inne dla każdego. Zawsze kiedy mam wybór między a i b zastanawiam się gdzie jest c, bo ciągle mam wrażenie, że jedno równanie nie rozwiąże mojego życia.

Posted on 22:00 by Unknown

16 comments

środa, 2 września 2015

Temat miłości jest już tak oklepany, że szkoda gadać. Dosłownie na każdym kroku możecie znaleźć profesjonalne porady typu: Jak poderwać kobietę, 100 sposobów jak zepsuć pierwsza randkę, co włożyć na romantyczną kolację. I jakbym miał wybierać (a na szczęście już nie muszę), to zdecydowałbym się na przeczytanie tej ostatniej, bo jedyna jak dotąd niezawodna metoda na podryw to...

Przez żołądek do serca

Bo wszyscy dobrze wiemy o tym, że człowiek głodny to człowiek zły! Ale czasy się zmieniają a razem z nimi wymagania ( głównie kobiet, ale nie tylko...). Dlatego dziś romantyczna kolacja to nie taka na trawie, gdzie rozłożycie sobie koc, weźmiecie ze sobą koszyk kanapek i będziecie je wcinać patrząc sobie w oczy ( w zasadzie idealna opcja dla panów, bo może nie zauważy skarpetek do sandałów - żart oczywiście - przecież nikt już dzisiaj nie nosi sandałów). Raz, że to niezbyt wygodne, bo siedzicie przecież na twardej ziemi. Dwa, że dookoła biega mnóstwo rozkrzyczanych dzieci, szczekających psów itd. Kiedyś wyjście na piknik do parku było idealnym pomysłem na randkę, ale niestety dzisiaj za to możecie dostać mandat, więc zostaje wam przejść się oznaczoną ścieżką miedzy drzewami a jak zgłodniejecie to zawsze można skoczyć do jakiejś dobrej restauracji. Są gusta i guściki; jedni wolą łono natury a inni galerie handlowe. Prawdę mówiąc w jednym ja i w drugim przypadku można świetnie się bawić i dobrze zjeść. Wystarczy tylko mieć pomysł a i z tym bym nie przesadzał, bo miłości nie da się zaplanować.
No dobra, przyznaję, że pisanie o jedzeniu na samym początku nie było chyba genialnym pomysłem, ale ja po obiedzie jestem najedzony. Ale jeżeli wy zgłodnieliście, to polecam wam skoczyć po coś do lodówki albo do barku (u mnie zazwyczaj jest tam coś dobrego do wcinania), bo to jeszcze nie koniec. Przecież po każdej udanej randce czekacie na

List miłosny!

Aaa wróć, dinozaury już przecież dawno wyginęły a my dzięki temu mamy smartphony! I w ten właśnie sposób zabijamy nasz romantyzm. Zgadzacie się? Bo ja nie do końca. Nie mówię, że nie chciałbym żyć za czasów naszych dziadków, kiedy zamiast sms'ów pisało się te prawdziwe listy na papierze, wrzucało do koperty i czekało po dwa tygodnie a nawet więcej na odpowiedź. To był prawdziwy romantyzm. Ale miał też swoje wady, bo kobiety w tym czasie ogołociły wszystkie łąki ze stokrotek wyliczając; kocha, nie kocha, kocha, nie kocha - Ahh..jednak kocha! A kiedy w końcu ten ukochany przyjechał (nie na białym koniu i nie nowym Mercem) Trabantem... Co to była za radość! Bo w końcu mogli się objąć, spędzić ze sobą trochę czasu, popatrzeć sobie głęboko w oczy i przypomnieć słowa ostatniego listu, ale teraz wypowiedziane na żywo. Ale jak to już w świecie bywa wszystko ma swoje wady i zalety; czekanie miesiąc na jeden list może przyprawić o ból brzucha i zawroty głowy - a wszystko to Z MIŁOŚCI. To tak pół żartem, pół serio, bo wątpię, że po tak długim rozstaniu wiadomość; "Wiesz...przykro mi, ale nic z tego nie będzie" była tą na którą warto było tyle czekać. Nie zrozumcie mnie źle; nadal uważam, że zerwanie przez sms'a jest dzisiaj  jedną z najgorszych możliwych opcji, ale boli dużo mniej niż po miesiącu niespełnionych marzeń. Na szczęście w takich chwilach z pomocą przychodzą;

Piosenki o miłości


Jedne mają lepszy tekst, inne melodie, ale wszystkie mówią o jednym( Nie! Nie o seksie); o Miłości. I wiem, że ten temat już poruszałem i że wszystko jest kwestią gustu, ale wybaczcie mnie osobiście dzisiejsze piosenki nie przekonują. No po prostu nie wiem o jakich głębszych uczuciach mówi np Pitbull w piosence International Love .Ale na szczęście są jeszcze takie utwory w których można się zakochać nie oglądając teledysku. Oczywiście to jest tylko moje zdanie, więc jeśli macie inne to chętnie się o tym dowiem - tutaj możecie mnie hejtować

 ;Muzyka łączy pokolenia. Cokolwiek bym tutaj nie napisał, to są osoby, dla których;
 
Liczy się tylko seks


Bo, żeby laska była twoja, to musi być dziewicą, długonogą, z pięknie wytapetowaną twarzą i całym tym nieskazitelnym wyglądem. No, bo na taką to od razu ma się ochotę i oczywiście szansa, że wylądujecie na pierwszej randce w łóżku jest bardzo duża. Tak samo jak wielka jest obojętność tej twojej "wielkiej miłości", bo możesz mieć kupę forsy, żeby zaprosić ją do restauracji, próbować udowodnić,że naprawdę Ci na niej zależy, ale jej będzie to obojętne, bo przecież i tak chodziło tylko o seks.Zróbmy TO!


Czas ma znaczenie
I tak własnie kończą się bolesne rozstania po 5 dniach znajomości. Oczywiście piszę tutaj o skrajnych przypadkach, w których niedojrzałość obojga wzięła górę nad uczuciami. Nie mówię, że nie chcieli dobrze dla siebie nawzajem, ale jak mieli się tego dowiedzieć w tak krótkim czasie. 
Tak wielu ludzi dzisiaj chce kochać i być kochanym, więc szukają swojego szczęścia; na portalach randkowych, na facebooku, na dyskotekach (mówcie co chcecie - szczerze nie polecam). Szukają często na siłę; "Bo mój kumpel ma już dziewczynę od drugiej klasy". Tylko tak naprawdę, to szczerze wątpię w to ,że będzie ona tą jedyną (chociaż wyjątki się zdarzają). Możecie mi wierzyć lub nie, ale z miłością nie warto się spieszyć. Poznanie cudownej dziewczyny, pisanie po nocach, wspólne spacery, kolacje, wyjścia do kina - to tak naprawdę jeszcze niewiele znaczy bo...Miłość przychodzi z czasem
Wtedy kiedy Ty mówisz, że wolisz KFC a Ona Burger Kinga, kiedy kłócicie się o to które z was miało posprzątać po kolacji, kiedy Ona ma ochotę w Ciebie rzucić talerzem, bo znowu powiedziałeś coś co zabolało, ale tego nie robi, bo w głębi serca jest w Tobie do szaleństwa zakochana. Dlatego woli się nie odzywać, woli siedzieć przez tą godzinę w samotności, bo chce wam obojgu dać czas do namysłu.  Ona dobrze wie, że za pół godziny pójdziesz po nią do pokoju, siądziecie razem na dywanie i wszystko jej wyjaśnisz, bo Tobie też cholernie na niej zależy.

Posted on 20:00 by Unknown

28 comments